Dziewczynki (i Chłopcy???),
Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
No, nie odzywam się no!
Taka jakaś jestem... (tu powinnam szlafroczek rozchylić i uśmiechnąć się filuternie).
Ja naprawdę obiadki gotuję, mebelki zmieniam, remonta planuję, z Jagodą harcuję, się śmieję, się maluję, ale...
Zawsze z tym chujkiem, no!
Do jasnej ciasnej!
Z gadaniem/ pisaniem/ kontaktami mam OGROMNY PROBLEM (ja!).
Na eksperymenta się nie zakwalifikowawszy ze względu na... stan zdrowia. ;)
Czekać mam.
Okej, w porzo, czekać to ja już umiem.
Czekać na lek nowy, co to go wprowadzać mają, bo w Uesie już jest, to i do nas doczłapie.
Podobno doczekam! (hurra!)
Na spoko! (hip! hip! hurra!)
A teraz historia będzie o tym, jak w familii mojej się nastawienie zmienia, nawet do chujków! ;)
Po wyniki badań decydujące o kontynuacji leczenia (czyli o wszystkim jakby kurcze) pojechałam byłam z Padre.
Padre jak zwykle, na pewniaka ("jasne, że jedziemy dalej z tym koksem, działa na mur!").
Familia czeka w domach połączona siecią komórkową, tudzież różańcową. Na pewniaka, oczywiście.
Jedyną osobą, która bierze pod uwagę każdą okoliczność jestem niestety ja.
Wchodzę do mojej Pani Doktor.
Wynik już Wam znany, negatywny.
Źle jest i nie chce być inaczej.
Widzę, że Pani Doktor przykro bardzo, więc staram się nie rozpłakać.
Mam jeszcze wizytę u Pań Pielęgniarek i w "rejestracji".
Wychodzę z gabinetu, Padre wzrokiem mnie śledzi i czeka na znak.
Kciukas w dół.
Nie wierzy.
Ręce rozkładam, że"trudno" i lecę do zabiegowego.
Wychodzę.
Padre siedzi, głowa w dłoniach, nie widzi mnie.
Podchodzę do Pani Rejestratorki, żeby umówić się na wizytę w trybie "bez-leczeniowym".
Przykro jej , była pewna, że się uda.
Broda mi drży, ale udaje mi się nie rozpłakać.
Podchodzę do Tatki. Mina zwyczajna.
"Słabo, co? No źle bardzo, kurtka na wacie!", mówię.
"No, coś ty?! Właśnie, że bardzo dobrze! Wyjątkowo dobrze!", odpowiada bezczelnie pewny siebie.
W windzie zaczyna się wykład, dlaczego tak świetnie ("leczenie straszne, a wyników nie ma, mam szansę na leki nowszej generacji, bez takich skutków ubocznych, zregeneruję się, sił nabiorę i jak ja tego chujka, to nie będzie wiedział jak się nazywa" itd w tym samym tonie , no może bardziej medycznie i po polsku (z wyrazami znaczy...).
Do autka idziemy, jedziemy sobie, Padre peroruje nieustająco, bo w temacie mojego chujka i farmaceutycznych niusów z zagranicy jest mocno obcykany.
Ale zaraz!
Dzwonić mam do tych wszystkich osób, do których "jak tylko wyjdę ze szpitala" .
Od Madre zaczynam.
Słyszę jak Jej przykro, więc staram się nie rozpłakać.
Padre ton tej rozmowy się nie podoba.
Jak staremu rabinowi muszę mu słuchawkę trzymać, żeby mamci mógł wyjaśnić jak dobrze się stało.
Potem Majki, Babcia Aniela, Ciocia Basia, Teściowa i wszyscy, co czekają.
W połowie obdzwaniania zaczynam się orientować, że z Madre dzwonimy jednocześnie i niektórzy już wiedzą, że "tak naprawdę dobrze się stało".
Reasumując: wynik zły, czyli dobry!
Póki w zielone gramy! ;)))
Peesss Z tym "jest źle, czyli dobrze" to my tak serio serio!
Nie jest to tanie pocieszanie (a wygląda!).
Na ten przykład ostatnio ;).
Majkiemu samochód się zaczął palić.
Gaśnicę wziął, ugasił, do mechanika został pociągnięty. Norma (takimi drobiazgami u nas się nie żyje ;).
Kiedy mechanik autko obrabiał (dni parę) włamano się nam do garażu celem podprowadzenia opelka (kradzież? "guzik warte takie określenie", jak mówi Szekspir).
Ergo...
"Jest źle, czyli dobrze", proszę sobie zapamiętać, tak na przyszłość KOCHANE DZIEWCZYNKI ( i Chłopcy???)!
Peesdwa Pewnie, że nie powinnam, bo dzieci w sieci, bo starsza już i i pewnie kiedyś będzie miała anse kabanse, ale muszę, bo się uduszę!
Przesyłam Wam focię dziecięcia mego (autorstwa Michała Andrasiaka), Jagody, która niczym stewardessa w samolocie wyraźnie pokazuje, coby każden wiedział "jak postępować z chujkami".
A czym jest dla Was chujek, same wiecie najlepiej.
Każdy ma swojego.
Niektórzy mają po prostu większe od innych.
Życie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 3 kwietnia 2014
wtorek, 11 czerwca 2013
O! *
* Tytuł zaczerpnięty z komentarza Króla Pieprza (tak, Czarnego!)
Jak macie w MOMENTACH? Ja mam tak, że się zwijam.
Choroba? Nieszczęście?
Zwinąć się w kłębek i przeczekać.
Działać? Jasne!
Ale żeby gadać, kontakty nawiązywać?! Co to, to nie! ;)
Jak ma Wasz Pan Bóg w MOMENTACH? Wspiera? Cuda czyni?
Z Paulo Coelho i resztą wszechświata się spina i sprzyja, sprzyja nieustająco?
Pozostałych członków Rodziny utrzymuje przy życiu, w zdrowiu, trzeźwości i ogólnej wesołości?
Samochody i pralki usprawnia, ścieżki sprawiedliwym prostuje?
Mój Pan B. to jajcarz do granic.
Lubi z pljagami pojechać po całości.
Ale i drobiazgami żywot "umili". A zabawy ma przy tym!
Szafki kuchenne na łeb zwali i ucieka krzycząc: "Psikus!".
Lubię to, Panie B.
Masz u mnie takiego lajka, że daj Pan spokój.
Nie no. Dobra nasza.
Ja się nie skarżę na swój los.
To nie "etap buntu" następujący po fazie wyparcia, depresji i czego tam jeszcze choremu potrzeba.
Tak mam.
Nie piszę, nie dzwonię, nie komentuję, ale...
Was Kocham, że ajlawju i czytam! Sprawdźcie sobie w statystykach! ;)))
Doceniam wsparcie. Bardzo, bardzo. BARDZO.
A... co do Pana B. to powiem Wam, że jeśli za dwa tygodnie się okaże (badania mam typu "big deal"), że kończymy leczenie, bo nie przynosi spodziewanych rezultatów (ino morduje), to się wkurzę.
Tak na serio.
Więc, weź się Pan zlituj.
Nie musi być śmieszno tak bez przerwy.
I tak mam uciech sto.
A od tego rechotania to mnie się mięśnie brzucha przypomniały...;)
PS Za każdą dobrą myśl, słowo i kciukasa dziękuję. Za myśl przede wszystkim.
(focia z konta pinterestowego, ja to ta z lewej)
Jak macie w MOMENTACH? Ja mam tak, że się zwijam.
Choroba? Nieszczęście?
Zwinąć się w kłębek i przeczekać.
Działać? Jasne!
Ale żeby gadać, kontakty nawiązywać?! Co to, to nie! ;)
Jak ma Wasz Pan Bóg w MOMENTACH? Wspiera? Cuda czyni?
Z Paulo Coelho i resztą wszechświata się spina i sprzyja, sprzyja nieustająco?
Pozostałych członków Rodziny utrzymuje przy życiu, w zdrowiu, trzeźwości i ogólnej wesołości?
Samochody i pralki usprawnia, ścieżki sprawiedliwym prostuje?
Mój Pan B. to jajcarz do granic.
Lubi z pljagami pojechać po całości.
Ale i drobiazgami żywot "umili". A zabawy ma przy tym!
Szafki kuchenne na łeb zwali i ucieka krzycząc: "Psikus!".
Lubię to, Panie B.
Masz u mnie takiego lajka, że daj Pan spokój.
Nie no. Dobra nasza.
Ja się nie skarżę na swój los.
To nie "etap buntu" następujący po fazie wyparcia, depresji i czego tam jeszcze choremu potrzeba.
Tak mam.
Nie piszę, nie dzwonię, nie komentuję, ale...
Was Kocham, że ajlawju i czytam! Sprawdźcie sobie w statystykach! ;)))
Doceniam wsparcie. Bardzo, bardzo. BARDZO.
A... co do Pana B. to powiem Wam, że jeśli za dwa tygodnie się okaże (badania mam typu "big deal"), że kończymy leczenie, bo nie przynosi spodziewanych rezultatów (ino morduje), to się wkurzę.
Tak na serio.
Więc, weź się Pan zlituj.
Nie musi być śmieszno tak bez przerwy.
I tak mam uciech sto.
A od tego rechotania to mnie się mięśnie brzucha przypomniały...;)
PS Za każdą dobrą myśl, słowo i kciukasa dziękuję. Za myśl przede wszystkim.
(focia z konta pinterestowego, ja to ta z lewej)
niedziela, 21 kwietnia 2013
DRAMA QUEEN ;)
Hi Gals! Hi Pals! :)))
Gdyby ktoś mnie teraz zapytał "co tam, jak tam", musiałabym niestety odpowiedzieć, że skarb ze mnie ponury ostatnimi czasy.
Nie taka ze mnie znowu "princzipessa", żeby się nie chciało na blogasia cosik skrobnąć.
Ze mnie, to powiem ja Wam szczerze i bez ogródków, ostatnio głównie jest pacjentka.
Choroba przewlekła w ogólności to jedno terefere, a leczenie choroby przewlekłej w szczególności to już zupełne kuku.
Gdybym była pisała, o czymż musiałabymż pisać? O temperaturach 36 lub 40 stopni (nothing in between ;), o spaniu nieustająco (extra) albo wcale (buuuu), o... dolegliwościach ze strony przewodu pokarmowego??? ;)))
Funkcje życiowe jakie Waszej pacjenteczce zostały, to pisanie lakonicznych maili, czytanie Waszych blogasiowych wpisów (bez komentowania, wrrrr!!!) oraz wklepywanie esemesów typu "nie", "ok", "nieok" (rozmowy rodzinne wyglądają ostatnimi czasy podobnie, bardzo po męsku znaczy się;).
Wybaczta Ludzie!!! ;)))
Już byłam wesołym szczygiełkiem i deklarowałam głośno (niewybaczalne!) żem ogarnięta.
Tak mną pacnęło (życie), że raciczkami się nakryłam.
Więc teraz po cichu, po wielkiemu cichu, namiętnie szepnę, żem lepsza, do życia zdatniejsza.
Pchnę sprawy niepchnięte. Napiszę o cudownych wymiankach myślowo-prezentowych. Wreszcie!
Dziękuję za cudowne maile, kartki (!) z życzeniami, dobrym słowem. Fajnie, że jesteście, że w tym wielkim internetu śmy się znaleźli, że myślicie sobie czasem o takiej-owakiej, której bardzo to pomaga.
Serio, serio!
Będę skrobać, także... stay tuned!!! ;*****
(karteczki z mojego konta pinterestowego)
Gdyby ktoś mnie teraz zapytał "co tam, jak tam", musiałabym niestety odpowiedzieć, że skarb ze mnie ponury ostatnimi czasy.
Nie taka ze mnie znowu "princzipessa", żeby się nie chciało na blogasia cosik skrobnąć.
Ze mnie, to powiem ja Wam szczerze i bez ogródków, ostatnio głównie jest pacjentka.
Choroba przewlekła w ogólności to jedno terefere, a leczenie choroby przewlekłej w szczególności to już zupełne kuku.
Gdybym była pisała, o czymż musiałabymż pisać? O temperaturach 36 lub 40 stopni (nothing in between ;), o spaniu nieustająco (extra) albo wcale (buuuu), o... dolegliwościach ze strony przewodu pokarmowego??? ;)))
Funkcje życiowe jakie Waszej pacjenteczce zostały, to pisanie lakonicznych maili, czytanie Waszych blogasiowych wpisów (bez komentowania, wrrrr!!!) oraz wklepywanie esemesów typu "nie", "ok", "nieok" (rozmowy rodzinne wyglądają ostatnimi czasy podobnie, bardzo po męsku znaczy się;).
Wybaczta Ludzie!!! ;)))
Już byłam wesołym szczygiełkiem i deklarowałam głośno (niewybaczalne!) żem ogarnięta.
Tak mną pacnęło (życie), że raciczkami się nakryłam.
Więc teraz po cichu, po wielkiemu cichu, namiętnie szepnę, żem lepsza, do życia zdatniejsza.
Pchnę sprawy niepchnięte. Napiszę o cudownych wymiankach myślowo-prezentowych. Wreszcie!
Dziękuję za cudowne maile, kartki (!) z życzeniami, dobrym słowem. Fajnie, że jesteście, że w tym wielkim internetu śmy się znaleźli, że myślicie sobie czasem o takiej-owakiej, której bardzo to pomaga.
Serio, serio!
Będę skrobać, także... stay tuned!!! ;*****
(karteczki z mojego konta pinterestowego)
czwartek, 28 marca 2013
ŻYCZĘ WAM ŚWIĄT...
Zdrowych???
Nie jest to możliwe: majonez, kajmak, rodzina...
Wesołych???
Co dla kogo jest wesołe?
Że ciocię w futrze można oblać wiadrem zimnej wody?
Że wujaszek migdałkiem się zakrztusi?
Że usłyszysz kiedy w końcu: ślub, dziecko, drugie dziecko, zmienisz pracę, znajdziesz pracę?
Wesołe rodzinne Święta? Oksymoron!
Chyba tylko jajko jest wesołe... ;)
Spokojnych???
Z rodziną? Jasne...
Keep calm? In this house?!
Żartuję! Żartuję! Żartuję!
Wierzę, że to możliwe. Chociaż mnie Święta zdrowe, wesołe i spokojne jednocześnie jeszcze się nie zdarzyły... ;)
Fajnych Świąt! Na miarę Waszych możliwości! :)
(Malynowa Zajęcza Mamuśka i Bejbi Zając by Pani Karolina-Llooka)
Nie jest to możliwe: majonez, kajmak, rodzina...
Wesołych???
Co dla kogo jest wesołe?
Że ciocię w futrze można oblać wiadrem zimnej wody?
Że wujaszek migdałkiem się zakrztusi?
Że usłyszysz kiedy w końcu: ślub, dziecko, drugie dziecko, zmienisz pracę, znajdziesz pracę?
Wesołe rodzinne Święta? Oksymoron!
Chyba tylko jajko jest wesołe... ;)
Spokojnych???
Z rodziną? Jasne...
Keep calm? In this house?!
Żartuję! Żartuję! Żartuję!
Wierzę, że to możliwe. Chociaż mnie Święta zdrowe, wesołe i spokojne jednocześnie jeszcze się nie zdarzyły... ;)
Fajnych Świąt! Na miarę Waszych możliwości! :)
(Malynowa Zajęcza Mamuśka i Bejbi Zając by Pani Karolina-Llooka)
niedziela, 24 marca 2013
MISZCZ MOWY POLSKIEJ, SE MŁA! :)
Tytułem wstępu...
Lubię mróz. Jest mróz, nie ma odwilży.
Odwilż plus moje miasto to nie najlepsze połączenie...
Jak powszechnie wiadomo, matka jest obiektem latającym.
Czasem musi polecieć i załatwić wysyłkę paczki, z bazarku kabaczki i inne takie ene due like fake, długo by wyliczać.
Jak już leci, to się wie. Z dzieciąteczkiem, z wózeczkiem, chrupeczkami, jabłuszkiem, kabanoskiem, biszkopcikiem, soczkiem, dinosami, resorakami i te de...
Te "gratisy" to nie jest matczyna dobroć. To instynkt samozachowawczy. Jeśli nie podpowiada Wam tego doświadczenie, musicie wierzyć mi na słowo.
Nie wiem jak jest w Waszym świecie, ale w moim grajdołku chodniki nie są dostosowane dla takich użytkowników. Gdyby nie możliwość wsparcia się o wózek, na porcelanowe licówki człek by nie nastarczył.
A i kierowcy nie zawsze życzliwie te 60 centymetrów zostawią parkując na chodniczku.
A prawo chyba takie jest (nie wiem, nie znam się), że ociupinkę miejsca powinni zostawić.
Miałam ci ja się ostatnio (właśnie w czasie chwilowego ocieplenia) z takim, co nie zostawił.
Ni ociupinki.
Po lewej parkan, po prawej ruchliwa ulica z gigantyczną kałużą ku ozdobie.
Nijak wyminąć. "Chuda glizda" do parkanu przylgnie, się przyklei i przeciśnie na drugą stronę tęczy.
Ale... "chuda glizda" to nie ja. No i wóz mam, więc...czekamy sobie.
Odwrót się nie opłaca, 20 minut w plecy.
Może uda się ulicą? Nie udało się.
Czekamy dalej.
Dziecię się niecierpliwi.
Chrupeczkę? Dinoska? Soczku?
Nie! Jechać chce!
Się nie da się!
Czekamy 5 minut, 10, 15...
Wraca pancio do autka.
Ja go grzecznie, że dzień dobry psze pana, że bardzo pana proszę, sam pan rozumie, miejsce trzeba zostawić, bo może ktoś chciałby przejść. Poza tym, tu chyba parkować nie można.
A kto mu zabroni?!
No, nie ja. Ale wyjaśniam grzecznie, że czekać musiałam, że sam pan rozumie.
Znowu nie rozumie.
Niegrzeczny się robi. Nie odjeżdża.
A ja, jak ktoś niegrzeczny, tym bardziej grzeczna jestem.
Pan się śmieje. Rozbawiłam go widocznie.
Więc proszę pana, może poprosimy straż miejską. Niechże się wypowie, ile miejsca należy udostępnić przechodniom na chodniku.
Pan rechocze i bulgocze. A dzwoń se! Niech pani dzwoni! A dzwoń se!
I tak na przemian.
Kurczę, po setnym: "dzwonisepanijużzarazczekam" nie wytrzymuję.
"A pier... (oczywiście :"piernicz") się ty kuta... (oczywiście: "kuta na cztery nogi osobo") jeden!"
Wyrazu twarzy pancia nie zapomnę...
-Co? (pan pyta cicho)
-Ty przygłuchy kuta... (odpowiadam grzecznie)
Pan milczy minutę, dwie, zaczynam się bać... Że jak ja mu z tym pierrrem, to on mi...
Ale nie... Myślał, myślał i wymyślił!
-Jak pani może?! Czego pani dziecko uczy?!
-Droga Jagodo, (zwracam się do Muffina tak, żeby pan słyszał wyraźnie) otrzymałaś właśnie ważną lekcję na temat komunikacji. Otóż, zdarza się, że język należy dostosować do poziomu interlokutora. W przeciwnym razie nie zrozumie komunikatu.
Pan milczy.
Wsiada do autka i pomyka.
Oglądam się za się jeszcze i rozglądam w obawie przed próbą staranowania.
Ale ta nie następuje.
O, kurka, kurka! Cały chodnik nasz!
O dziwo, moje zafascynowane mową polską dziecię, z rynsztokowych pomyj mamuni wyłowiło słowo "intekutol". Gieniusz!
(na zdjęciach: 49 innych twarzy dzikiej, bo ja to nie tylko babsztyl o szewskim ozorze, ale również romantyczna, kobieca, zabawna i słodka niunia, zapytajcie Majkela!;))
Lubię mróz. Jest mróz, nie ma odwilży.
Odwilż plus moje miasto to nie najlepsze połączenie...
Jak powszechnie wiadomo, matka jest obiektem latającym.
Czasem musi polecieć i załatwić wysyłkę paczki, z bazarku kabaczki i inne takie ene due like fake, długo by wyliczać.
Jak już leci, to się wie. Z dzieciąteczkiem, z wózeczkiem, chrupeczkami, jabłuszkiem, kabanoskiem, biszkopcikiem, soczkiem, dinosami, resorakami i te de...
Te "gratisy" to nie jest matczyna dobroć. To instynkt samozachowawczy. Jeśli nie podpowiada Wam tego doświadczenie, musicie wierzyć mi na słowo.
Nie wiem jak jest w Waszym świecie, ale w moim grajdołku chodniki nie są dostosowane dla takich użytkowników. Gdyby nie możliwość wsparcia się o wózek, na porcelanowe licówki człek by nie nastarczył.
A i kierowcy nie zawsze życzliwie te 60 centymetrów zostawią parkując na chodniczku.
A prawo chyba takie jest (nie wiem, nie znam się), że ociupinkę miejsca powinni zostawić.
Miałam ci ja się ostatnio (właśnie w czasie chwilowego ocieplenia) z takim, co nie zostawił.
Ni ociupinki.
Po lewej parkan, po prawej ruchliwa ulica z gigantyczną kałużą ku ozdobie.
Nijak wyminąć. "Chuda glizda" do parkanu przylgnie, się przyklei i przeciśnie na drugą stronę tęczy.
Ale... "chuda glizda" to nie ja. No i wóz mam, więc...czekamy sobie.
Odwrót się nie opłaca, 20 minut w plecy.
Może uda się ulicą? Nie udało się.
Czekamy dalej.
Dziecię się niecierpliwi.
Chrupeczkę? Dinoska? Soczku?
Nie! Jechać chce!
Się nie da się!
Czekamy 5 minut, 10, 15...
Wraca pancio do autka.
Ja go grzecznie, że dzień dobry psze pana, że bardzo pana proszę, sam pan rozumie, miejsce trzeba zostawić, bo może ktoś chciałby przejść. Poza tym, tu chyba parkować nie można.
A kto mu zabroni?!
No, nie ja. Ale wyjaśniam grzecznie, że czekać musiałam, że sam pan rozumie.
Znowu nie rozumie.
Niegrzeczny się robi. Nie odjeżdża.
A ja, jak ktoś niegrzeczny, tym bardziej grzeczna jestem.
Pan się śmieje. Rozbawiłam go widocznie.
Więc proszę pana, może poprosimy straż miejską. Niechże się wypowie, ile miejsca należy udostępnić przechodniom na chodniku.
Pan rechocze i bulgocze. A dzwoń se! Niech pani dzwoni! A dzwoń se!
I tak na przemian.
Kurczę, po setnym: "dzwonisepanijużzarazczekam" nie wytrzymuję.
"A pier... (oczywiście :"piernicz") się ty kuta... (oczywiście: "kuta na cztery nogi osobo") jeden!"
Wyrazu twarzy pancia nie zapomnę...
-Co? (pan pyta cicho)
-Ty przygłuchy kuta... (odpowiadam grzecznie)
Pan milczy minutę, dwie, zaczynam się bać... Że jak ja mu z tym pierrrem, to on mi...
Ale nie... Myślał, myślał i wymyślił!
-Jak pani może?! Czego pani dziecko uczy?!
-Droga Jagodo, (zwracam się do Muffina tak, żeby pan słyszał wyraźnie) otrzymałaś właśnie ważną lekcję na temat komunikacji. Otóż, zdarza się, że język należy dostosować do poziomu interlokutora. W przeciwnym razie nie zrozumie komunikatu.
Pan milczy.
Wsiada do autka i pomyka.
Oglądam się za się jeszcze i rozglądam w obawie przed próbą staranowania.
Ale ta nie następuje.
O, kurka, kurka! Cały chodnik nasz!
O dziwo, moje zafascynowane mową polską dziecię, z rynsztokowych pomyj mamuni wyłowiło słowo "intekutol". Gieniusz!
czwartek, 21 marca 2013
TERE FERE KUKU! A JA MAM WIOSNĘ!!!
A kto mi tę moją wiosnę własnoręcznie wykonał, do kopertki upchnął i przysłał?
Iluś!!! Ila Kochana z MOJEJ PRZYSTANI!
Taaak, dziś znowu WIELKIE DZIĘKUJĘ! Nie mogę się powstrzymać!
Prezent od serca: serducha w moim, wciąż ulubionym, miętowym kolorze i Mr and Mrs Zając, wesoła parka.
Dziękuję Iluś! :)))))))))))
Te bazie są dla Ciebie, Kochana!
I hiacyncik tysz!;) ;*
Peesik
Dziewczyny, a mogłybyście dziś za mnie kciukaski / chujaski (sorry, z Klasykiem się nie dyskutuje ;) potrzymać?
Sprawa ważna dla mojego organizmu organicznie.
wtorek, 12 marca 2013
Z ŁÓŻKA BYM JEJ NIE WYRZUCIŁ
Taki oto komentarz rzucają czasem panowie doceniający na internetowych forach, biurowych lanczbrejkach i piwnych zebraniach urodę pań, ze szczególnym uwzględnieniem walorów.
Do łoża zaprosił mnie niegdyś Majkel, więc sam jest sobie winien. Wyrzucić się nie dam!
Nikt natomiast na naszą małżeńską rozkładaną nie zapraszał Pisklaka.
Uroczy, słodki, przytulaśny Muffinek w czasie swych chorób z miękkości naszych serc i dla wygody został wzięty RAZ "do środeczka".
Teraz zdrów jak rydzyk (Rydzyk??? ;) wieczorem zaczyna taniec radości.
"Idziemy do bazy!!! Mamusia, tatusia, Jadótka!!!".
No, super! Forever tugezer, znaczy się?! Ale jak to?!
Kto spał kiedykolwiek z pisklakiem, dzieciakiem w sensie, kotem lub psem, ten wie.
Gabaryt nie ma tu nic do rzeczy. Tu się liczy ułożenie ciała.
Oczywiście ty zawsze będziesz już sardynką. Zawsze będziesz mieć stópki \ łapy (w najlepszym wypadku!) pod nosem. Zawsze dostaniesz małą piąsteczką \ pazurem \ ogonem w oko.
Tak będzie!
Nie róbcie tego w domu!
A przynajmniej, jeśli to robicie, nie przyznawajcie się rodzinie!
Do nas łatka "losersów" już przylgnęła.
A... tak a propos... hmmmm... z "tego" następuje tym samym automatyczna rezygnacja, ale to się chyba rozumie samo przez się, nieprawdaż?
Majk jest już dla mnie tylko plamą na przeciwległej ścianie.
Także, sexcuse me, ale... pozostaje nam kontakt esemesowy, Kochanie... ;)
(na zdjęciach: Muffin, czyli: "Too much love will kill you", wiem, bo ostatnio spałam "u południowego końca" Jagody oraz "Z łożka byś go wyrzuciła???" z mojego pinterestowego konta)
Do łoża zaprosił mnie niegdyś Majkel, więc sam jest sobie winien. Wyrzucić się nie dam!
Nikt natomiast na naszą małżeńską rozkładaną nie zapraszał Pisklaka.
Uroczy, słodki, przytulaśny Muffinek w czasie swych chorób z miękkości naszych serc i dla wygody został wzięty RAZ "do środeczka".
Teraz zdrów jak rydzyk (Rydzyk??? ;) wieczorem zaczyna taniec radości.
"Idziemy do bazy!!! Mamusia, tatusia, Jadótka!!!".
No, super! Forever tugezer, znaczy się?! Ale jak to?!
Kto spał kiedykolwiek z pisklakiem, dzieciakiem w sensie, kotem lub psem, ten wie.
Gabaryt nie ma tu nic do rzeczy. Tu się liczy ułożenie ciała.
Oczywiście ty zawsze będziesz już sardynką. Zawsze będziesz mieć stópki \ łapy (w najlepszym wypadku!) pod nosem. Zawsze dostaniesz małą piąsteczką \ pazurem \ ogonem w oko.
Tak będzie!
Nie róbcie tego w domu!
A przynajmniej, jeśli to robicie, nie przyznawajcie się rodzinie!
Do nas łatka "losersów" już przylgnęła.
A... tak a propos... hmmmm... z "tego" następuje tym samym automatyczna rezygnacja, ale to się chyba rozumie samo przez się, nieprawdaż?
Majk jest już dla mnie tylko plamą na przeciwległej ścianie.
Także, sexcuse me, ale... pozostaje nam kontakt esemesowy, Kochanie... ;)
(na zdjęciach: Muffin, czyli: "Too much love will kill you", wiem, bo ostatnio spałam "u południowego końca" Jagody oraz "Z łożka byś go wyrzuciła???" z mojego pinterestowego konta)
czwartek, 7 marca 2013
"SPOKÓJ W TYM STADLE BĘDZIE GŁÓWNYM ZYSKIEM.
TRUDNE TO, KIEDY ŻONA Z TAKIM PYSKIEM"
(William Shakespeare, "Poskromienie złośnicy")
W mojej rodzinie Majkel jest obiektem kultu. W annałach figuruje jako "Ten, Który Wytrzymuje".
W ramach rekompensaty za straty moralne poniesione w wyniku obcowania uszu Rzeczonego z pyskiem mła zamówiłam nam (u Mojej Serdecznej) portret rocznicowy.
Co sądzicie?
Da się nabrać?
Znowu?!
*Ma nastąpić personalizacja. Włosy Majkela zyskają myszowaty odcień (taki ma) a twarz: bródkę (tak lubię).
Moje ciało ma zyskać gabaryt, ale... nadwaga będzie ładnie rozłożona. "Lopez" tej pani zmieni się w moją "kardaszjan", wtedy Obiekt Kultu ma szansę swą małżonkę rozpoznać...;)
(na zdjęciu: portret Super Majkela by Magnesss ;)
(William Shakespeare, "Poskromienie złośnicy")
W mojej rodzinie Majkel jest obiektem kultu. W annałach figuruje jako "Ten, Który Wytrzymuje".
W ramach rekompensaty za straty moralne poniesione w wyniku obcowania uszu Rzeczonego z pyskiem mła zamówiłam nam (u Mojej Serdecznej) portret rocznicowy.
Co sądzicie?
Da się nabrać?
Znowu?!
*Ma nastąpić personalizacja. Włosy Majkela zyskają myszowaty odcień (taki ma) a twarz: bródkę (tak lubię).
Moje ciało ma zyskać gabaryt, ale... nadwaga będzie ładnie rozłożona. "Lopez" tej pani zmieni się w moją "kardaszjan", wtedy Obiekt Kultu ma szansę swą małżonkę rozpoznać...;)
(na zdjęciu: portret Super Majkela by Magnesss ;)
wtorek, 5 marca 2013
ŚWIRY
Wiosna idzie.
Jak co roku budzi się przy tej okazji Mój Wewnętrzny Hipis.
Buntu w wieku lat nastu nie przeżyłam. Zagapiłam się, a potem było mi jakoś głupio. No to teraz mam...
Podsycam ogień rebelii czytając sobie o życiu bez zasad i życiu w lesie, pana Thoreau.
Zaprawdę powiadam Wam, Geniusz.
Zniechęcona polskim tytułem ("Poradnik pozytywnego myślenia") i recenzjami zaczynającymi się od słów: "Dwoje życiowych rozbitków...", a zachęcona upadkiem Jennifer Lawrence na schodach Kodak (obecnie Dolby) Theatre obejrzałam film "Silver Linings Playbook" (u mnie pod roboczym tytułem "Świry").
Od czasu "Nietykalnych" ("The Intouchables") żadnego filmu nie oglądałam dwa razy.
"Świry" niebawem obejrzę po raz trzeci... ;)
Dobry to film. Każdemu powie: "jesteś w porządku, lub się!" ;).
W to, że every cloud ma silver lining przepraszam, nadal nie wierzę (są takie cumulusy, w których się człek nie dopatrzy), ale nie szkodzi!
Film fajny! A Bradley Cooper jaki fajny! Łudzę się, że jest łudząco podobny do Majkela... ;)
Po obejrzeniu "Świrów" przypomniała mi się piosenka adekwatna. Stara i być może nawet trochę obciachowa. Ale, jak to z utworami sprzed lat bywa tekst ma niegłupi i muzykę niezłą.
Piosenka pana Rogera Hodgsona "The logical song".
Podrzucałam czasem mojemu Hipisowi Wewnętrznemu, Świrowi w sensie, jakieś okruszki. Ostatnimi czasy są to kąski smakowite i kaloryczne.
No, bo co w końcu...
Przecież nie musimy być forever normalni, dorośli, uczesani i przezorni. Czasem życiu trzeba nosa utrzeć! ;)
PS I love You, Kaziu.
(zdjęcia: moje konto pinterestowe, muza: youtube)
Jak co roku budzi się przy tej okazji Mój Wewnętrzny Hipis.
Buntu w wieku lat nastu nie przeżyłam. Zagapiłam się, a potem było mi jakoś głupio. No to teraz mam...
Podsycam ogień rebelii czytając sobie o życiu bez zasad i życiu w lesie, pana Thoreau.
Zaprawdę powiadam Wam, Geniusz.
Zniechęcona polskim tytułem ("Poradnik pozytywnego myślenia") i recenzjami zaczynającymi się od słów: "Dwoje życiowych rozbitków...", a zachęcona upadkiem Jennifer Lawrence na schodach Kodak (obecnie Dolby) Theatre obejrzałam film "Silver Linings Playbook" (u mnie pod roboczym tytułem "Świry").
Od czasu "Nietykalnych" ("The Intouchables") żadnego filmu nie oglądałam dwa razy.
"Świry" niebawem obejrzę po raz trzeci... ;)
Dobry to film. Każdemu powie: "jesteś w porządku, lub się!" ;).
W to, że every cloud ma silver lining przepraszam, nadal nie wierzę (są takie cumulusy, w których się człek nie dopatrzy), ale nie szkodzi!
Film fajny! A Bradley Cooper jaki fajny! Łudzę się, że jest łudząco podobny do Majkela... ;)
Po obejrzeniu "Świrów" przypomniała mi się piosenka adekwatna. Stara i być może nawet trochę obciachowa. Ale, jak to z utworami sprzed lat bywa tekst ma niegłupi i muzykę niezłą.
Piosenka pana Rogera Hodgsona "The logical song".
Podrzucałam czasem mojemu Hipisowi Wewnętrznemu, Świrowi w sensie, jakieś okruszki. Ostatnimi czasy są to kąski smakowite i kaloryczne.
No, bo co w końcu...
Przecież nie musimy być forever normalni, dorośli, uczesani i przezorni. Czasem życiu trzeba nosa utrzeć! ;)
PS I love You, Kaziu.
(zdjęcia: moje konto pinterestowe, muza: youtube)
niedziela, 3 marca 2013
"A NA CAŁE KARGULJOWE PLEMIĘ I POLJE, SPUŚĆ DOBRY BOŻE WSZYSTKIE PLJAGI EGIPSKIE", CZYLI...
... jak dobrze mieć sąsiada!
Jak wspominałam, zmieniliśmy "miejsce zamieszkania". Nasze nowe-stare mieszkanie, w naszym nowym-starym bloku różni się wszystkim i niczym od poprzedniego.
Pięterko pierwsze (the best, wiadomo), metraż identyczny, balkonik tyż. Nuda!
Ale sąsiedztwo rekompensuje nam monotonię tej zamiany bez zmiany. Z nawiązką!
Tak więc...
Mamy tu osiedlowych celebrytów, poruszających się prawie wyłącznie wzdłuż blokowych ścianek, głównie w związku z nadużyciem aperitifów degustowanych na rozlicznych bankietach.
"Bracia After Party" zamieszkujący wspólnie kawalerkę z wybitą (od sierpnia po dziś dzień) szybą to prawdziwe gwiazdy pośród tej gromady.
Ich szyba ucierpiała, gdy "Kudłaty" (jest silniejszy) rzucał "Wąsatym".
Słuchając ich "rozmów" możnaby dojść do wniosku, że ich słownik jest nieco ograniczony.
Nic bardziej mylnego! Bezpośrednie kontakty dowodzą intelygencji, życzlywości i serdeczności.
"Proszę, szanowna pani przodem, siateczki ponieść?", "piękna dziewczynka, a jak do mamusi podobna!" (to piękna, czy podobna do mamusi, niech się panowie zdecydują!) i tak dalej, w tym samym tonie...
Uwielbiam ten klymacik. I ten typ grzeczności i kulturki.
Czasem tylko, gdy (pewnie bezpośrednio po bankiecie) pada: "Całujemy rączki miłej sąsiadce" w głowie się kręci od oparów!
Ale, ale... Płytę z kolędami dnia 1 września roku pamiętnego 2012 od Braci otrzymałam? Otrzymałam! "Bo jak szanowna pani zapewne wie, święta się zblyżają".
Kolejny sąsiad, który też lubi ten sport, już nie taki bezpośredni i hojny.
To "Skuty". Ksywka niewięzienna (jeszcze), ale skuwany bywa często. A to na klatce, a to ostatnimi czasy na glebie przed.
Bezpośrednio nad nami "Beztlenowce". Nie, nie piją i nie pędzą. Gorzej. Od 5.45, gdy tylko spuchnięte powieki uniosą do 24.00, 1.00, 2.00 kłócą się zażarcie...
"Kto zostawił masło na parapecie?" (problem na 3 godziny), "Czym faszerują kurczaki, hormonami czy antybiotykami?" (wiadomo, że jednym i drugim, ale batalia trwa 2 godziny), "A czego ty szukasz w tym komputerze?!Już ja dobrze wiem czego!" (zaledwie 6h). Beztlenowce to Boże broń nie nazwisko. Ochrona danych osobowych obowiązuje! ;) Oni po prostu nie muszą oddychać. Przerwy w tych tyradach człowiek poczciwy nie uświadczy.
Swoją drogą, jak przeżyli około trzydziestu lat razem (sądząc po wieku dzieci)? Pewnie i w tym szaleństwie jest metoda.
A... ścianka w ściankę, wycieraczka w wycieraczkę i klamka w klamkę z nami mieszka kto?
Mój "były", który kupił sąsiadujące z nami mieszkanie, gdy tylko zaczęłam "chodzić" z Majkiem.
Ale to już doprawdy NUDA.....
A narzekałam, że w poprzednim mieszkaniu słyszę jak jednej sąsiadce łóżko skrzypi i stąd wiem, na którym śpi boczku, a drugiej też skrzypi i wcale nie śpi... ;)
I tak nie zamieniłabym tego mieszkanka na na żadne inne (chyba, że większe!). Ten cały blokowy folklor jest uroczy, a życie "z podsłuchem" i z całą pewnością "na podsłuchu" niezwykle ciekawe!
(na zdjęciach: portret przodka i parę migawek z "m")
Jak wspominałam, zmieniliśmy "miejsce zamieszkania". Nasze nowe-stare mieszkanie, w naszym nowym-starym bloku różni się wszystkim i niczym od poprzedniego.
Pięterko pierwsze (the best, wiadomo), metraż identyczny, balkonik tyż. Nuda!
Ale sąsiedztwo rekompensuje nam monotonię tej zamiany bez zmiany. Z nawiązką!
Tak więc...
Mamy tu osiedlowych celebrytów, poruszających się prawie wyłącznie wzdłuż blokowych ścianek, głównie w związku z nadużyciem aperitifów degustowanych na rozlicznych bankietach.
"Bracia After Party" zamieszkujący wspólnie kawalerkę z wybitą (od sierpnia po dziś dzień) szybą to prawdziwe gwiazdy pośród tej gromady.
Ich szyba ucierpiała, gdy "Kudłaty" (jest silniejszy) rzucał "Wąsatym".
Słuchając ich "rozmów" możnaby dojść do wniosku, że ich słownik jest nieco ograniczony.
Nic bardziej mylnego! Bezpośrednie kontakty dowodzą intelygencji, życzlywości i serdeczności.
"Proszę, szanowna pani przodem, siateczki ponieść?", "piękna dziewczynka, a jak do mamusi podobna!" (to piękna, czy podobna do mamusi, niech się panowie zdecydują!) i tak dalej, w tym samym tonie...
Uwielbiam ten klymacik. I ten typ grzeczności i kulturki.
Czasem tylko, gdy (pewnie bezpośrednio po bankiecie) pada: "Całujemy rączki miłej sąsiadce" w głowie się kręci od oparów!
Ale, ale... Płytę z kolędami dnia 1 września roku pamiętnego 2012 od Braci otrzymałam? Otrzymałam! "Bo jak szanowna pani zapewne wie, święta się zblyżają".
Kolejny sąsiad, który też lubi ten sport, już nie taki bezpośredni i hojny.
To "Skuty". Ksywka niewięzienna (jeszcze), ale skuwany bywa często. A to na klatce, a to ostatnimi czasy na glebie przed.
Bezpośrednio nad nami "Beztlenowce". Nie, nie piją i nie pędzą. Gorzej. Od 5.45, gdy tylko spuchnięte powieki uniosą do 24.00, 1.00, 2.00 kłócą się zażarcie...
"Kto zostawił masło na parapecie?" (problem na 3 godziny), "Czym faszerują kurczaki, hormonami czy antybiotykami?" (wiadomo, że jednym i drugim, ale batalia trwa 2 godziny), "A czego ty szukasz w tym komputerze?!Już ja dobrze wiem czego!" (zaledwie 6h). Beztlenowce to Boże broń nie nazwisko. Ochrona danych osobowych obowiązuje! ;) Oni po prostu nie muszą oddychać. Przerwy w tych tyradach człowiek poczciwy nie uświadczy.
Swoją drogą, jak przeżyli około trzydziestu lat razem (sądząc po wieku dzieci)? Pewnie i w tym szaleństwie jest metoda.
A... ścianka w ściankę, wycieraczka w wycieraczkę i klamka w klamkę z nami mieszka kto?
Mój "były", który kupił sąsiadujące z nami mieszkanie, gdy tylko zaczęłam "chodzić" z Majkiem.
Ale to już doprawdy NUDA.....
A narzekałam, że w poprzednim mieszkaniu słyszę jak jednej sąsiadce łóżko skrzypi i stąd wiem, na którym śpi boczku, a drugiej też skrzypi i wcale nie śpi... ;)
I tak nie zamieniłabym tego mieszkanka na na żadne inne (chyba, że większe!). Ten cały blokowy folklor jest uroczy, a życie "z podsłuchem" i z całą pewnością "na podsłuchu" niezwykle ciekawe!
(na zdjęciach: portret przodka i parę migawek z "m")
niedziela, 24 lutego 2013
I LOVE YOU, JIMMY!
W pierwszych słowach mego listu nadmienię, że nie oglądam tele. I powiem Wam, że jeżeli wiem cokolwiek o czymkolwiek, to przyznać muszę, że to świetnie, bo:
"Wielkie to szczęście nie wiedzieć dokładnie,
na jakim się żyje świecie".
Nie, to nie ja tak mądrze. To pani Szymborska.
Ma rację. Mam szczęście. Chociaż czasem trochę wstyd nie wiedzieć o najbardziej szokujących, dramatycznych, historycznych wydarzeniach, co to na naszej błękitnej planecie miały miejsce.
Jest internet, się wie. Też nie bez wad ("pudlizacja" portali informacyjnych), ale...
Omija mnie słuchanie tonu reporterów wiadomości wszelkich stacji przekazujących kolejne sensacyjne info.
Ostatnio czytałam, że jakiś tefałenowski dziennikarz został zwolniony z pracy, bo w swoim programie sparodiował ten charakterystyczny sposób mówienia dziennikowych prowadzących.
Nie chcę, żeby mnie ktoś straszył, szokował, niepokoił, głos dramatycznie zawieszał.
A o tym, co mnie interesuje, poinformuję się sama.
Tak więc... Pani Wisława miała rację. "Wielkie to szczęście".
Panią Wisławę kocha pewien rysownik, artysta, Jimmy.
Ja kocham Jimmiego.
Jego pierwszą wydaną w Polsce książką obdarowałam tych, dla których forsy starczyło i poleciłam pozostałym.
"Jak bawi się nami miłość". Cudna historia "od pierwszego wejrzenia, do uszczęśliwienia" inspirowana poezją pani Szymborskiej, of course!
Nie można przestać jej oglądać. Nie można się oderwać.
Dla zakochanych, tych, co chcieliby się zakochać, tych, co już dotarli do fazy stabilizacji (czytaj: nudy) w długoletnim związku (nie doszukuj się aluzji Majkel, nie wszystko, co mówię, musi być o Tobie! ).
Najnowsza książka pana Liao, "Dźwięki kolorów", jest o dziewczynce tracącej wzrok.
Nie ma tam tanich chwytów, a wzrusza i pozwala się wczuć na tyle, na ile to możliwe, w sytuację.
Piękna jest. A bohaterowie pierwszej książki tu i ówdzie się pojawiają. Trzeba być bystrzachą i poszukać.
Polecam te cuda! Nie wyobrażam sobie nie mieć ich w biblioteczce!
Zajrzyjcie do Jimmiego w jakimś empiq,traffiq, merlinu, czy inszym książkowym sklepiku.
Otworzycie i już bez niego nie wyjdziecie! :)
(dzisiejszy wpis powstał pod wpływem inspiracji,konkretnie pani FUNITY, zasiada u mnie po prawicy, zajrzyjcie sobie, do Niej zawsze warto!)
"Wielkie to szczęście nie wiedzieć dokładnie,
na jakim się żyje świecie".
Nie, to nie ja tak mądrze. To pani Szymborska.
Ma rację. Mam szczęście. Chociaż czasem trochę wstyd nie wiedzieć o najbardziej szokujących, dramatycznych, historycznych wydarzeniach, co to na naszej błękitnej planecie miały miejsce.
Jest internet, się wie. Też nie bez wad ("pudlizacja" portali informacyjnych), ale...
Omija mnie słuchanie tonu reporterów wiadomości wszelkich stacji przekazujących kolejne sensacyjne info.
Ostatnio czytałam, że jakiś tefałenowski dziennikarz został zwolniony z pracy, bo w swoim programie sparodiował ten charakterystyczny sposób mówienia dziennikowych prowadzących.
Nie chcę, żeby mnie ktoś straszył, szokował, niepokoił, głos dramatycznie zawieszał.
A o tym, co mnie interesuje, poinformuję się sama.
Tak więc... Pani Wisława miała rację. "Wielkie to szczęście".
Panią Wisławę kocha pewien rysownik, artysta, Jimmy.
Ja kocham Jimmiego.
Jego pierwszą wydaną w Polsce książką obdarowałam tych, dla których forsy starczyło i poleciłam pozostałym.
"Jak bawi się nami miłość". Cudna historia "od pierwszego wejrzenia, do uszczęśliwienia" inspirowana poezją pani Szymborskiej, of course!
Nie można przestać jej oglądać. Nie można się oderwać.
Dla zakochanych, tych, co chcieliby się zakochać, tych, co już dotarli do fazy stabilizacji (czytaj: nudy) w długoletnim związku (nie doszukuj się aluzji Majkel, nie wszystko, co mówię, musi być o Tobie! ).
Najnowsza książka pana Liao, "Dźwięki kolorów", jest o dziewczynce tracącej wzrok.
Nie ma tam tanich chwytów, a wzrusza i pozwala się wczuć na tyle, na ile to możliwe, w sytuację.
Piękna jest. A bohaterowie pierwszej książki tu i ówdzie się pojawiają. Trzeba być bystrzachą i poszukać.
Polecam te cuda! Nie wyobrażam sobie nie mieć ich w biblioteczce!
Zajrzyjcie do Jimmiego w jakimś empiq,traffiq, merlinu, czy inszym książkowym sklepiku.
Otworzycie i już bez niego nie wyjdziecie! :)
(dzisiejszy wpis powstał pod wpływem inspiracji,konkretnie pani FUNITY, zasiada u mnie po prawicy, zajrzyjcie sobie, do Niej zawsze warto!)
sobota, 23 lutego 2013
piątek, 22 lutego 2013
MOJA MAMA MA SIURKA...
Dziecko nam urosło, dwa latka skończyło. I przestawić trza... Z pieluchy na nocniczek \ kibelek (na razie nic nie pasi). W tym celu zanabyto lekturę "Nocnik" (nie, nie Andrzeja Żuławskiego, ale jakiś "hit w Stanach"). W lekturze tej, już na wstępie odkryto przed dziecięciem naszym tajemnicę istnienia.
Otóż... Bolek, główny bohater, ma siurka. TAAAK, naprawdę!
Ma i go prezentuje.
Służy on, jak powszechnie wiadomo, do robienia siusiu (głównie do nocniczka, of course!).
Książkę wertujemy i czytamy sto razy dziennie, zwłaszcza w porze posiłków (mniamki!), zawsze zatrzymując się na dłuższą chwilę na "mini-atlasie" anatomii Bolka...
-Mama, siurek robi siusiu.
-Tak, wiem!
-Mama, mam siurka?
-Nie masz, Gusiu.
-A mama ma siurka?
-Nie, mama nie ma siurka.
-Mama ma siurka!
-Nie, mamusia nie ma siurka, naprawdę.
Godzina 16.30, wchodzi moja maturzystka.
Gusia:
-Moja mama ma siurkaaaaa!
Ups... No i się wydało.
Im dłużej się tłumaczę, tym gorzej wychodzi.
A o tym, że mam siurka wie już pan listonosz, pan z kiosku (który nam sprzedaje magazyn "Świnka Peppa"), pan z wilczurem i wogóle każdy, kto chce słuchać...
Także, jeżeli również jesteście mamami i macie siurki, "don't worry, be happy", jak mówi pismo.
Jeżeli jesteście "tatami" i tyż macie siurki. No cóż... chyba powinniście się cieszyć! :)
(zdjęcie nr 1 "A teraz do mikrofonu, tak żeby wszyscy słyszeli! Moja mama...", zdjęcia pozostałe z nocnika wzięte)
czwartek, 21 lutego 2013
PANIE BOŻE, CO JESZCZE NA MNIE SPADNIE?
Czyli.... gdzie byłam, jak mnie nie było.
Są ludzie na tym świecie, oj są, którym za tak długą nieobecność należy się choć parę słów wyjaśnienia. Wprawdzie pogłoski o mojej śmierci były nieco przesadzone, ale niestety tylko nieco... momentami.
Oto zwięźle i bez zbędnych ceregieli w punktach ujęte przyczyny, stanowiące przeplatankę komedii z tragedią, ambitnego melodramatu z kiepskim serialem, a będące prawdziwym i szczerym wyjaśnieniem dlaczego why mnie tu nie było:
-przeprowadzka, czyli powrót do naszego mieszkania (bo 5 minut od (mojej!) Mamusi);
-pobyty i wizyty w placówkach ochrony (?!) zdrowia;
-diagnozy chorób poważnych (fałszywe! :);
-diagnozy innych chorób poważnych, prawdziwe :( ;
-wypadeczek samochodowy, sztuk raz.
Nic ciekawego jednym słowem, chociaż nie powiem żebym się specjalnie nudziła. Ba! Baaardzo chciałabym się ponudzić.
Latam ostatnio po chałupie, bo Muffin chory (choroba powszechna) i wygłaszam raz w myślach, raz pod nosem rzeczone: "Panie Boże, co jeszcze na mnie spadnie?".
Najwyższy, znany z poczucia humoru i refleksu odpowiada szybko: "Szafki kuchenne!".
Nice, dzięki!
Najpierw ostrzegawcze chrupnięcie.
Wycofuję się na korytarz.
Czerwona lampka zaczyna pulsować. Rozpierducha wisi w powietrzu.
Potem... wszystko toczy się szybko. Efekt domina. Lecą szafki trzy. Jedna na kuchenkę, na której pyrka wesoło niczegoniepodejrzewający obiad.
Ogień buch!
Potem już szafeczka płonie powoli.
"Dzwonić najpierw do Mamusi, czy na alarmowy?". Mądry (???) człowiek zawsze ma dylemat.
Ale... jakiś wbudowany EMERGENCY system działa i po podłodze usłanej malowniczo skorupami idę sobie na bosaka, powolutku (pośpiech poniża!) zgasić gaz i ugasić co trza.
Potem dzwonię do Mamusi. Przybywa na odsiecz wraz ze Sztabem Kryzysowym (Padre).
Sytuacja opanowana już od kilku dni, ale nogi jeszcze mi się trzęsą.
Nie jestem Austen'ową Emmą, która zwykła mawiać (przynajmniej ta filmowa, Gwyneth):
"I may have lost my heart, but not my self control".
Ja tracę wszystko od razu: serce, głowę, a samokontroli i tak nigdy nie miałam w nadmiarze.
Także "to cut the long story short", jak mawiają, tak to u nas było, jest i póki co będzie.
Nie mogłam i nie chciałam opisywać historii w trakcie (nie lubię ludzi obarczać, Majkel zapewne się ze mna zgodzi ;). Kolejne części i odsłony chorobowej sagi przyjmuję już jako normę i dalej obarczać nie zamierzam. Jest to po prostu część lajfstajlu, która czasem dominuje i organizuje życie Dzikich, często bywa tylko "dodatkiem do".
And now... Nadejszła wiekopomna chwila, aby podziękować Tym Wszystkim Przemiłym Osobom dopominającym się o moją skromną osobę. Dziękuję Wam bardzo Dziewczyny Kochane! Bardzo, bardzo!
Powinnam, jak na Oskarach, ściągawkę wydobyć i dziękować z Imienia, ale boję się pominięcia kogokolwiek. Wielkim i niewybaczalnym byłoby to niedopatrzeniem.
Także, po prostu, DZIĘKI! Ajlawu! :*
(na zdjęciu: mój avatar - Giorgio, taaaak u nas lampeczki świecą się w najlepsze ;)
Są ludzie na tym świecie, oj są, którym za tak długą nieobecność należy się choć parę słów wyjaśnienia. Wprawdzie pogłoski o mojej śmierci były nieco przesadzone, ale niestety tylko nieco... momentami.
Oto zwięźle i bez zbędnych ceregieli w punktach ujęte przyczyny, stanowiące przeplatankę komedii z tragedią, ambitnego melodramatu z kiepskim serialem, a będące prawdziwym i szczerym wyjaśnieniem dlaczego why mnie tu nie było:
-przeprowadzka, czyli powrót do naszego mieszkania (bo 5 minut od (mojej!) Mamusi);
-pobyty i wizyty w placówkach ochrony (?!) zdrowia;
-diagnozy chorób poważnych (fałszywe! :);
-diagnozy innych chorób poważnych, prawdziwe :( ;
-wypadeczek samochodowy, sztuk raz.
Nic ciekawego jednym słowem, chociaż nie powiem żebym się specjalnie nudziła. Ba! Baaardzo chciałabym się ponudzić.
Latam ostatnio po chałupie, bo Muffin chory (choroba powszechna) i wygłaszam raz w myślach, raz pod nosem rzeczone: "Panie Boże, co jeszcze na mnie spadnie?".
Najwyższy, znany z poczucia humoru i refleksu odpowiada szybko: "Szafki kuchenne!".
Nice, dzięki!
Najpierw ostrzegawcze chrupnięcie.
Wycofuję się na korytarz.
Czerwona lampka zaczyna pulsować. Rozpierducha wisi w powietrzu.
Potem... wszystko toczy się szybko. Efekt domina. Lecą szafki trzy. Jedna na kuchenkę, na której pyrka wesoło niczegoniepodejrzewający obiad.
Ogień buch!
Potem już szafeczka płonie powoli.
"Dzwonić najpierw do Mamusi, czy na alarmowy?". Mądry (???) człowiek zawsze ma dylemat.
Ale... jakiś wbudowany EMERGENCY system działa i po podłodze usłanej malowniczo skorupami idę sobie na bosaka, powolutku (pośpiech poniża!) zgasić gaz i ugasić co trza.
Potem dzwonię do Mamusi. Przybywa na odsiecz wraz ze Sztabem Kryzysowym (Padre).
Sytuacja opanowana już od kilku dni, ale nogi jeszcze mi się trzęsą.
Nie jestem Austen'ową Emmą, która zwykła mawiać (przynajmniej ta filmowa, Gwyneth):
"I may have lost my heart, but not my self control".
Ja tracę wszystko od razu: serce, głowę, a samokontroli i tak nigdy nie miałam w nadmiarze.
Także "to cut the long story short", jak mawiają, tak to u nas było, jest i póki co będzie.
Nie mogłam i nie chciałam opisywać historii w trakcie (nie lubię ludzi obarczać, Majkel zapewne się ze mna zgodzi ;). Kolejne części i odsłony chorobowej sagi przyjmuję już jako normę i dalej obarczać nie zamierzam. Jest to po prostu część lajfstajlu, która czasem dominuje i organizuje życie Dzikich, często bywa tylko "dodatkiem do".
And now... Nadejszła wiekopomna chwila, aby podziękować Tym Wszystkim Przemiłym Osobom dopominającym się o moją skromną osobę. Dziękuję Wam bardzo Dziewczyny Kochane! Bardzo, bardzo!
Powinnam, jak na Oskarach, ściągawkę wydobyć i dziękować z Imienia, ale boję się pominięcia kogokolwiek. Wielkim i niewybaczalnym byłoby to niedopatrzeniem.
Także, po prostu, DZIĘKI! Ajlawu! :*
(na zdjęciu: mój avatar - Giorgio, taaaak u nas lampeczki świecą się w najlepsze ;)
piątek, 25 maja 2012
BĘDĘ LASKA!
Matury mnie wchłonęły, przeżuły, ale na szczęście wreszcie wypluły. Przez mgłę roboty (tu w znaczeniu wysiłku fizycznego mającego na celu podniesienie poziomu czystości w domu, uzupełnienie zapasów żywnościowych oraz opiekę nad małoletnim potomstwem) i pracy (poprzez pracę rozumie się tu wysiłek intelektualny (zajęciami językowymi zwany), którego wymiernym celem jest zdobycie środków finansowych o przeznaczeniu rozmaitym, głównie niepraktycznym), pracy i roboty, widzę już zieloną trawkę...
Jestem człowiek prosty, cieszą mnie zwyczajne przyjemności. Leżaczek, gazetka/książeczka, szklaneczka czegoś (nic konkretnego ani przesadnie drogiego), talerzyk/półmiseczek czegoś smacznego w perspektywie. A marzenie? Hamaczek, dwa drzewa, które nie złamią się pod ciężarem i chwila spokoju.
Jestem jak hobbit. Armie Saurona rosną w siłę, zło się panoszy, a ja mogę grządki kopać, w norce kurze ścierać a myśli o pominięciu któregokolwiek z posiłków nie dopuszczam.
Jestem też Czechem, tudzież Czeszką, a w zasadzie bardzo chciałabym być. Oni z każdego dnia potrafią zrobić święto. Och, jaka by była ze mnie laska nebeska. Muszę jeszcze tylko trochę nad psychą popracować.
(Na zdjęciach: życie codzienne Dzikich)
Jestem człowiek prosty, cieszą mnie zwyczajne przyjemności. Leżaczek, gazetka/książeczka, szklaneczka czegoś (nic konkretnego ani przesadnie drogiego), talerzyk/półmiseczek czegoś smacznego w perspektywie. A marzenie? Hamaczek, dwa drzewa, które nie złamią się pod ciężarem i chwila spokoju.
Jestem jak hobbit. Armie Saurona rosną w siłę, zło się panoszy, a ja mogę grządki kopać, w norce kurze ścierać a myśli o pominięciu któregokolwiek z posiłków nie dopuszczam.
Jestem też Czechem, tudzież Czeszką, a w zasadzie bardzo chciałabym być. Oni z każdego dnia potrafią zrobić święto. Och, jaka by była ze mnie laska nebeska. Muszę jeszcze tylko trochę nad psychą popracować.
(Na zdjęciach: życie codzienne Dzikich)
środa, 16 maja 2012
JA TO MAM SZCZĘŚCIE?!
Dziadek mój Ignacy miał zwyczaj pukać mnie delikatnie w głowę i zapytywać: "Puk, puk. Jest tam kto?". Odpowiadał mu głuchy dźwięk, który echem rozchodził się po pokoju. Dziadek musiał to słyszeć, ale pobłażliwie się uśmiechając puszczał do mnie oko i stwierdzał z niezachwianą pewnością, że jestem najmądrzejszą dziewczynką na świecie. O święta naiwności! Biedny Dziadek...
Od dawna muszę sama pukać się w czaszkę, ale nie pytam o nic, bo wiem, że odpowie mi ten sam tępy dźwięk świadczący o pustce, tylko nieco głośniejszy.
Miewam wprawdzie przebłyski, ale moje fopasy (z franc. faux pas, przypomnienie tłumacza ;)) są o wiele bardziej spektakularne.
Co mnie ratuje?
Słaba pamięć!
Wielu filozofów tworząc receptę na doczesne szczęście wymieniało ją zaraz obok dobrego trawienia i apetytu.
Niewielu przyznaje się do poczucia szczęścia, bo strach, ale ja chyba muszę. Obiektywnie rzecz biorąc mam wszystko, czego tylko do szczęścia potrzeba. I apetycik i trawienie i tę nieszczęsną pamięć...
Zatem wszystkie warunki spełnione! Nic tylko mięśnie twarzy zmusić do grymasu choć odrobinę przypominającego uśmiech.
Jutro chyba nawet szczery, bo ślepej kurze (mła), trafiło się ziarno (warsztaty wnętrzarskie) i wybywa z domu!
Bez Muffina, bez wózka, bez Męża, ale nie bez stresu. Chyba już nie umiem poruszać się nie pchając czegoś przed sobą, ani nie ciągnąc kogoś za sobą. Ale szybko się uczę! ;)
Majkel, który zostaje jutro oko w oko z Jagodą na czas nieokreślony również (mimowolnie i nieświadomie) odbędzie warsztaty ... terapii rodzinnej zatytułowane: "Muszę jeszcze bardziej doceniać wysiłek Mojej Żony!".
Sądzę, że nasza miłość rozgorzeje na nowo. W końcu wiosna (rzekomo)!
PS Jedno z naszych ulubionych powiedzonek: "Kocham Cię... gdy dziecko śpi!".
(Zdjęcie z hasłem na czas nieokreślony z mojego konta na Pintereście)
Od dawna muszę sama pukać się w czaszkę, ale nie pytam o nic, bo wiem, że odpowie mi ten sam tępy dźwięk świadczący o pustce, tylko nieco głośniejszy.
Miewam wprawdzie przebłyski, ale moje fopasy (z franc. faux pas, przypomnienie tłumacza ;)) są o wiele bardziej spektakularne.
Co mnie ratuje?
Słaba pamięć!
Wielu filozofów tworząc receptę na doczesne szczęście wymieniało ją zaraz obok dobrego trawienia i apetytu.
Niewielu przyznaje się do poczucia szczęścia, bo strach, ale ja chyba muszę. Obiektywnie rzecz biorąc mam wszystko, czego tylko do szczęścia potrzeba. I apetycik i trawienie i tę nieszczęsną pamięć...
Zatem wszystkie warunki spełnione! Nic tylko mięśnie twarzy zmusić do grymasu choć odrobinę przypominającego uśmiech.
Jutro chyba nawet szczery, bo ślepej kurze (mła), trafiło się ziarno (warsztaty wnętrzarskie) i wybywa z domu!
Bez Muffina, bez wózka, bez Męża, ale nie bez stresu. Chyba już nie umiem poruszać się nie pchając czegoś przed sobą, ani nie ciągnąc kogoś za sobą. Ale szybko się uczę! ;)
Majkel, który zostaje jutro oko w oko z Jagodą na czas nieokreślony również (mimowolnie i nieświadomie) odbędzie warsztaty ... terapii rodzinnej zatytułowane: "Muszę jeszcze bardziej doceniać wysiłek Mojej Żony!".
Sądzę, że nasza miłość rozgorzeje na nowo. W końcu wiosna (rzekomo)!
PS Jedno z naszych ulubionych powiedzonek: "Kocham Cię... gdy dziecko śpi!".
(Zdjęcie z hasłem na czas nieokreślony z mojego konta na Pintereście)
środa, 9 maja 2012
CO U NAS? :)
-malujemy, rysujemy, czytamy, baraszkujemy, szalejemy;
-podejmujemy kolejną próbę wielkiego come-backu akcji: zdrowe i racjonalne odżywianie;
-pracujemy ciężko i zupełnie spokojnie wypijamy trzecią kawę;
-czekamy na "five o'clock", czyli innymi słowy "powrót Taty", bo ktoś jeździ do pracy, by być w domu mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje...;
-generally speaking, się żyje! :)
czwartek, 3 maja 2012
TRZECI MAJ, BUZI DAJ!
Nasze życie domowe przypomina slapstickową komedię. Leci Muffin z piłką, za nim Mąż z asekuracją, a na końcu peletonu ja z jabłuszkiem, żeby może zeżarł (Muffin, o Małżonka jestem spokojna...). Potem dwie z trzech osób leżą. Ten, co nie leży podnosi i pociesza. Muffin to jeszcze... otrzepie się i leci dalej, ale my już gorzej...Zawsze coś z ręką, nogą, kręgosłupem, albo wszystkim naraz!
Także kiedy Majk komunikuje: "Twoja mama powiedziała, żebyśmy dziś przyjechali!", nie wierzę w swoje szczęście!
-Przestań, to zbyt okrutne!, odpowiadam.
-Nie no, poważnie! Mówiła, że Padre namarynował jakichś mięs na grilla i papryczki pieczone mają być i ziemniaczki. Mama robi też sernik, albo na zimno będzie, może coś pokręciłem!
-Daj już spokój, bo się pogniewamy!!!
To zbyt wiele jak dla mnie... Wizja grillowanego mięska, jedzenia wogóle (!) i chwili spokoju sprawia, że oczy mam błyszczące. To łzy wzruszenia się cisną.
Niemożliwe, żeby po pierwszomajowej wizycie w błotnistym raju Muffina Rodzice:
-po pierwsze: zdążyli wyremontować już mieszkanie (znaczna część zabawy przeniosła się na pokoje...)
-po drugie: podjęli świadomą decyzję zaproszenia nas do się zanim nasze dziecko skończy lat osiemnaście.
A jednak!!!
Ulubione dialogi z serii: "W Dziczy":
(MM- Moja Mama, J- ja)
MM: Co tak siedzisz?!
J: A nic...ja już...
MM: Połóż się!
MM: Co tak siedzisz?!
J: Tak... już idę... ja...
MM: Lodzika sobie nałóż! Tylko nie tak symbolicznie jak ostatnio!
MM: Co tak siedzisz?!
J: Oj, ja tak tylko...
MM: Zdrzemnij się! Idę z Jagódką do parku, z godzinę nas nie będzie.
I love My Parents, po prostu! Mój Mąż również! Tak się cieszy, że byli ze mną w pakiecie! Bez Nich ten pakiet z całą pewnością nie byłby tak atrakcyjny! ;)
Ostatni wniosek: jeden telefon a odnotowałam tak nagły przypływ uczuć patriotycznych, że chyba zaraz przypnę kotylion na swojej obwisłej klacie!
Także kiedy Majk komunikuje: "Twoja mama powiedziała, żebyśmy dziś przyjechali!", nie wierzę w swoje szczęście!
-Przestań, to zbyt okrutne!, odpowiadam.
-Nie no, poważnie! Mówiła, że Padre namarynował jakichś mięs na grilla i papryczki pieczone mają być i ziemniaczki. Mama robi też sernik, albo na zimno będzie, może coś pokręciłem!
-Daj już spokój, bo się pogniewamy!!!
To zbyt wiele jak dla mnie... Wizja grillowanego mięska, jedzenia wogóle (!) i chwili spokoju sprawia, że oczy mam błyszczące. To łzy wzruszenia się cisną.
Niemożliwe, żeby po pierwszomajowej wizycie w błotnistym raju Muffina Rodzice:
-po pierwsze: zdążyli wyremontować już mieszkanie (znaczna część zabawy przeniosła się na pokoje...)
-po drugie: podjęli świadomą decyzję zaproszenia nas do się zanim nasze dziecko skończy lat osiemnaście.
A jednak!!!
Ulubione dialogi z serii: "W Dziczy":
(MM- Moja Mama, J- ja)
MM: Co tak siedzisz?!
J: A nic...ja już...
MM: Połóż się!
MM: Co tak siedzisz?!
J: Tak... już idę... ja...
MM: Lodzika sobie nałóż! Tylko nie tak symbolicznie jak ostatnio!
MM: Co tak siedzisz?!
J: Oj, ja tak tylko...
MM: Zdrzemnij się! Idę z Jagódką do parku, z godzinę nas nie będzie.
I love My Parents, po prostu! Mój Mąż również! Tak się cieszy, że byli ze mną w pakiecie! Bez Nich ten pakiet z całą pewnością nie byłby tak atrakcyjny! ;)
Ostatni wniosek: jeden telefon a odnotowałam tak nagły przypływ uczuć patriotycznych, że chyba zaraz przypnę kotylion na swojej obwisłej klacie!
wtorek, 1 maja 2012
CO ZA DZIEŃ!
Prawie wszystko się dziś udało: posprzątać (na chwilę, u nas to norma, więc nawet uwieczniłam na zdjęciu stan "tak mogłoby być"), odpocząć, popracować, odpocząć, pohasać po zielonej trawce, odpocząć, położyć Muffina do łóżka, odpocząć.
Byliśmy u Dziadków, czyli "in the wild", bo nasze dziecko zmienia się tam w "the wild child". Słyszałam, że kot 200 metrów od domu zachowuje się jak dzikie zwierzę, Muffin dziczeje po usłyszeniu hasła: "Jedziemy do Baby!". Hasło musi zostać rzucone po założeniu odzieży i bucika jakiegoś, w przeciwnym razie zażąda wiezienia go tam bez ("juśśśśś, juśśśśś, juśśśśśśś!!!!"). Dziecko stoi pod drzwiami i merda kuperkiem jak pies po usłyszeniu magicznego słowa "spacer".
"W dziczy" Muffin zajmuje się głównie produkcją błota (na masową skalę), tytłaniem wszystkiego i wszystkich, jedzeniem (produkty muszą być utytłane, w przeciwnym razie no way!), śledzeniem robali, jedzeniem robali (źródło zdrowego białka), zbieraniem szyszek i badyli, zachwycaniem się wszystkim i dziwieniem się wszystkiemu. Generalnie nasz miłościwie (?!) panujący Król Julian rządzi i dyryguje leniwymi małpami (zwanymi dalej rodziną), które zwlekają o sekundę za długo prowadząc go do "koko" czy "opaopa" (królik).
Nowością jest chodzenie boso po piachu i trawce (uczucia mieszane).
Brzmi to wszystko cudnie i idyllicznie, ale jak powrzechnie wiadomo: "życie to nie je bajka". Muffinowi "idą" kły, więc owszem baraszkuje jak rozkoszny cherubin, ale w tak zwanym międzyczasie żyć nie daje.
Następuje więc ucieczka w kaloryczne desery, napoje, które to i błonę śluzową żołądka i kamień w zlewie wyżrą oraz alkohol.
Ale... ale... słońce, gorąc tropikalny, więc człowiek zaczyna wierzyć, że wakacje nadejdą, jednakoż.
Plany są snute. Agroturystyko welcome to prawdopodobnie nastąpi.
Chociaż po usłyszeniu nowej pani Anny Marii (Jopek), która jakąś salsą, czy też sambą w głowie mi miesza, już sama nie wiem. Głupieje się. Tańczyć się chce. Wogóle coś się dzieje, jakieś reakcje tajemnicze odnotowuję w organizmie. Co to będzie zatem?! Co to będzie...
(na zdjęciach: dom chwilowo posprzątany (pominąwszy pudła z puchami), puchy, puszki i puszeczki, czyli słynna emalia, Muffin w roli "Dzikiego Dziecka", muzyka: youtube)
piątek, 27 kwietnia 2012
A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE...
Miała być emalia. Miały być zdobycze. Miały być fotosy jakieś.
A jest co? Nic!
W ramach odstresowania nałożyłam sobie maseczki na wszystko, co tylko mam. I tu niespodzianka!
Normalnie człowiek z maseczką na twarzy i innych takich wygląda gorzej niż bez. Ja wyglądam lepiej!
A jest co? Nic!
Małżonek nadal w łożu... I nie wiem, jak to się dzieje, nie porusza się po chałupie, a bałagan! Nie ma nawet takiego "tła", na którym możnaby emalię umieścić! ;)
Muffin też mi dokłada. Małe Dziecię przecie, a już drugi dzień nie drzemie! Skandal! Tę drzemkę, te święte dwie godziny, mam rozplanowane co o minuty... A tu co? Nico!W ramach odstresowania nałożyłam sobie maseczki na wszystko, co tylko mam. I tu niespodzianka!
Normalnie człowiek z maseczką na twarzy i innych takich wygląda gorzej niż bez. Ja wyglądam lepiej!
Nie wiem tylko, czy powinnam się cieszyć?!
Dołączam fotos ścierki. Tak ścierki, ktorą koniecznie muszę mieć.
Może znacie to przesłanie znane w sieci i życiu jako IRISH PHILOSOPHY, która uparcie dowodzi, że THERE'S NOTHING TO WORRY ABOUT! :) aKUR..at! ;)))
(na zdjęciu: ścierka z fafarafa :))
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















