-->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2013

ŻYCZĘ WAM ŚWIĄT...

Zdrowych???
Nie jest to możliwe: majonez, kajmak, rodzina...

Wesołych???
Co dla kogo jest wesołe?
Że ciocię w futrze można oblać wiadrem zimnej wody?
Że wujaszek migdałkiem się zakrztusi?
Że usłyszysz kiedy w końcu: ślub, dziecko, drugie dziecko, zmienisz pracę, znajdziesz pracę?
Wesołe rodzinne Święta? Oksymoron!
Chyba tylko jajko jest wesołe... ;)

Spokojnych???
Z rodziną? Jasne...
Keep calm? In this house?!

Żartuję! Żartuję! Żartuję!

Wierzę, że to możliwe. Chociaż mnie Święta zdrowe, wesołe i spokojne jednocześnie jeszcze się nie zdarzyły... ;)

Fajnych Świąt! Na miarę Waszych możliwości! :)


(Malynowa Zajęcza Mamuśka i Bejbi Zając by Pani Karolina-Llooka)

niedziela, 3 marca 2013

"A NA CAŁE KARGULJOWE PLEMIĘ I POLJE, SPUŚĆ DOBRY BOŻE WSZYSTKIE PLJAGI EGIPSKIE", CZYLI...

... jak dobrze mieć sąsiada!

Jak wspominałam, zmieniliśmy "miejsce zamieszkania". Nasze nowe-stare mieszkanie, w naszym nowym-starym bloku różni się wszystkim i niczym od poprzedniego.
Pięterko pierwsze (the best, wiadomo), metraż identyczny, balkonik tyż. Nuda!
Ale sąsiedztwo rekompensuje nam monotonię tej zamiany bez zmiany. Z nawiązką!
Tak więc...
Mamy tu osiedlowych celebrytów, poruszających się prawie wyłącznie wzdłuż blokowych ścianek, głównie w związku z nadużyciem aperitifów degustowanych na rozlicznych bankietach.
"Bracia After Party" zamieszkujący wspólnie kawalerkę z wybitą (od sierpnia po dziś dzień) szybą to prawdziwe gwiazdy pośród tej gromady.
Ich szyba ucierpiała, gdy "Kudłaty" (jest silniejszy) rzucał "Wąsatym".
Słuchając ich "rozmów" możnaby dojść do wniosku, że ich słownik jest nieco ograniczony.
Nic bardziej mylnego! Bezpośrednie kontakty dowodzą intelygencji, życzlywości i serdeczności.
"Proszę, szanowna pani przodem, siateczki ponieść?", "piękna dziewczynka, a jak do mamusi podobna!" (to piękna, czy podobna do mamusi, niech się panowie zdecydują!) i tak dalej, w tym samym tonie...
Uwielbiam ten klymacik. I ten typ grzeczności i kulturki.
Czasem tylko, gdy (pewnie bezpośrednio po bankiecie) pada: "Całujemy rączki miłej sąsiadce" w głowie się kręci od oparów!
Ale, ale... Płytę z kolędami dnia 1 września roku pamiętnego 2012 od Braci otrzymałam? Otrzymałam! "Bo jak szanowna pani zapewne wie, święta się zblyżają".
Kolejny sąsiad, który też lubi ten sport, już nie taki bezpośredni i hojny.
To "Skuty". Ksywka niewięzienna (jeszcze), ale skuwany bywa często. A to na klatce, a to ostatnimi czasy na glebie przed.
Bezpośrednio nad nami "Beztlenowce". Nie, nie piją i nie pędzą. Gorzej. Od 5.45, gdy tylko spuchnięte powieki uniosą do 24.00, 1.00, 2.00 kłócą się zażarcie...
"Kto zostawił masło na parapecie?" (problem na 3 godziny), "Czym faszerują kurczaki, hormonami czy antybiotykami?" (wiadomo, że jednym i drugim, ale batalia trwa 2 godziny), "A czego ty szukasz w tym komputerze?!Już ja dobrze wiem czego!" (zaledwie 6h). Beztlenowce to Boże broń nie nazwisko. Ochrona danych osobowych obowiązuje! ;) Oni po prostu nie muszą oddychać. Przerwy w tych tyradach człowiek poczciwy nie uświadczy.
Swoją drogą, jak przeżyli około trzydziestu lat razem (sądząc po wieku dzieci)? Pewnie i w tym szaleństwie jest metoda.
A... ścianka w ściankę, wycieraczka w wycieraczkę i klamka w klamkę z nami mieszka kto?
Mój "były", który kupił sąsiadujące z nami mieszkanie, gdy tylko zaczęłam "chodzić" z Majkiem.
Ale to już doprawdy NUDA.....

A narzekałam, że w poprzednim mieszkaniu słyszę jak jednej sąsiadce łóżko skrzypi i stąd wiem, na którym śpi boczku, a drugiej też skrzypi i wcale nie śpi... ;)
I tak nie zamieniłabym tego mieszkanka na na żadne inne (chyba, że większe!). Ten cały blokowy folklor jest uroczy, a życie "z podsłuchem" i z całą pewnością "na podsłuchu" niezwykle ciekawe!

(na zdjęciach: portret przodka i parę migawek z "m")

wtorek, 26 lutego 2013

KICZ I OBCIACH

czyli... lampkę "sobie" zrobiłam.

Do wykonania lampeczki niezbędny jest:
-jeden małochętny Chłop (kable, te sprawy, niewiele znanych mi kobit to ogarnie);
-chętna, milusia, always-ready Przyjaciółka z umiejętnościami (przyszywanie, poziom podobno podstawowy);
-ex -świecznik, który będzie robił za podstawę rzeczonej lampeczki;
-wielce obciachowy "babciny" klosik;
-jakieś frędzelki "szimi-szimi" i igła z nitką;
-godzinka z przerwą na kawkę.

Po (mocno zaokrąglonej) godzince cudzej pracy, mamy tę oto cudowną lampeczkę. Kicz i obciach. Kocham najbardziej na świecie! ;)

(na zdjęciach: lampeczka z Mysią i bez)






niedziela, 24 lutego 2013

I LOVE YOU, JIMMY!

W pierwszych słowach mego listu nadmienię, że nie oglądam tele. I powiem Wam, że jeżeli wiem cokolwiek o czymkolwiek, to przyznać muszę, że to świetnie, bo:

"Wielkie to szczęście nie wiedzieć dokładnie,
na jakim się żyje świecie".

Nie, to nie ja tak mądrze. To pani Szymborska.
Ma rację. Mam szczęście. Chociaż czasem trochę wstyd nie wiedzieć o najbardziej szokujących, dramatycznych, historycznych wydarzeniach, co to na naszej błękitnej planecie miały miejsce.
Jest internet, się wie. Też nie bez wad ("pudlizacja" portali informacyjnych), ale...
Omija mnie słuchanie tonu reporterów wiadomości wszelkich stacji przekazujących kolejne sensacyjne info.
Ostatnio czytałam, że jakiś tefałenowski dziennikarz został zwolniony z pracy, bo w swoim programie sparodiował ten charakterystyczny sposób mówienia dziennikowych prowadzących.
Nie chcę, żeby mnie ktoś straszył, szokował, niepokoił, głos dramatycznie zawieszał.
A o tym, co mnie interesuje, poinformuję się sama.
Tak więc... Pani Wisława miała rację. "Wielkie to szczęście".

Panią Wisławę kocha pewien rysownik, artysta, Jimmy.
Ja kocham Jimmiego.
Jego pierwszą wydaną w Polsce książką obdarowałam tych, dla których forsy starczyło i poleciłam pozostałym.
"Jak bawi się nami miłość". Cudna historia "od pierwszego wejrzenia, do uszczęśliwienia" inspirowana poezją pani Szymborskiej, of course!
Nie można przestać jej oglądać. Nie można się oderwać.
Dla zakochanych, tych, co chcieliby się zakochać, tych, co już dotarli do fazy stabilizacji (czytaj: nudy) w długoletnim związku (nie doszukuj się aluzji Majkel, nie wszystko, co mówię, musi być o Tobie! ).

Najnowsza książka pana Liao, "Dźwięki kolorów", jest o dziewczynce tracącej wzrok.
Nie ma tam tanich chwytów, a wzrusza i pozwala się wczuć na tyle, na ile to możliwe, w sytuację.
Piękna jest. A bohaterowie pierwszej książki tu i ówdzie się pojawiają. Trzeba być bystrzachą i poszukać.

Polecam te cuda! Nie wyobrażam sobie nie mieć ich w biblioteczce!
Zajrzyjcie do Jimmiego w jakimś empiq,traffiq, merlinu, czy inszym książkowym sklepiku.
Otworzycie i już bez niego nie wyjdziecie! :)

(dzisiejszy wpis powstał pod wpływem inspiracji,konkretnie pani FUNITY, zasiada u mnie po prawicy, zajrzyjcie sobie, do Niej zawsze warto!)


piątek, 22 lutego 2013

MOJA MAMA MA SIURKA...


Dziecko nam urosło, dwa latka skończyło. I przestawić trza... Z pieluchy na nocniczek \ kibelek (na razie nic nie pasi). W tym celu zanabyto lekturę "Nocnik" (nie, nie Andrzeja Żuławskiego, ale jakiś "hit w Stanach"). W lekturze tej, już na wstępie odkryto przed dziecięciem naszym tajemnicę istnienia.

Otóż... Bolek, główny bohater, ma siurka. TAAAK, naprawdę!
Ma i go prezentuje.
Służy on, jak powszechnie wiadomo, do robienia siusiu (głównie do nocniczka, of course!).
Książkę wertujemy i czytamy sto razy dziennie, zwłaszcza w porze posiłków (mniamki!), zawsze zatrzymując się na dłuższą chwilę na "mini-atlasie" anatomii Bolka...
-Mama, siurek robi siusiu.
-Tak, wiem!
-Mama, mam siurka?
-Nie masz, Gusiu.
-A mama ma siurka?
-Nie, mama nie ma siurka.
-Mama ma siurka!
-Nie, mamusia nie ma siurka, naprawdę.

Godzina 16.30, wchodzi moja maturzystka.
Gusia:
-Moja mama ma siurkaaaaa!

Ups... No i się wydało.
Im dłużej się tłumaczę, tym gorzej wychodzi.
A o tym, że mam siurka wie już pan listonosz, pan z kiosku (który nam sprzedaje magazyn "Świnka Peppa"), pan z wilczurem i wogóle każdy, kto chce słuchać...
Także, jeżeli również jesteście mamami i macie siurki, "don't worry, be happy", jak mówi pismo.
Jeżeli jesteście "tatami" i tyż macie siurki. No cóż... chyba powinniście się cieszyć! :)

(zdjęcie nr 1 "A teraz do mikrofonu, tak żeby wszyscy słyszeli! Moja mama...", zdjęcia pozostałe z nocnika wzięte)






czwartek, 21 lutego 2013

PANIE BOŻE, CO JESZCZE NA MNIE SPADNIE?

Czyli.... gdzie byłam, jak mnie nie było.

Są ludzie na tym świecie, oj są, którym za tak długą nieobecność należy się choć parę słów wyjaśnienia. Wprawdzie pogłoski o mojej śmierci były nieco przesadzone, ale niestety tylko nieco... momentami.
Oto zwięźle i bez zbędnych ceregieli w punktach ujęte przyczyny, stanowiące przeplatankę komedii z tragedią, ambitnego melodramatu z kiepskim serialem, a będące prawdziwym i szczerym wyjaśnieniem dlaczego why mnie tu nie było:
-przeprowadzka, czyli powrót do naszego mieszkania (bo 5 minut od (mojej!) Mamusi);
-pobyty i wizyty w placówkach ochrony (?!) zdrowia;
-diagnozy chorób poważnych (fałszywe! :);
-diagnozy innych chorób poważnych, prawdziwe :( ;
-wypadeczek samochodowy, sztuk raz.
Nic ciekawego jednym słowem, chociaż nie powiem żebym się specjalnie nudziła. Ba! Baaardzo chciałabym się ponudzić.

Latam ostatnio po chałupie, bo Muffin chory (choroba powszechna) i wygłaszam raz w myślach, raz pod nosem rzeczone: "Panie Boże, co jeszcze na mnie spadnie?".
Najwyższy, znany z poczucia humoru i refleksu odpowiada szybko: "Szafki kuchenne!".
Nice, dzięki!
Najpierw ostrzegawcze chrupnięcie.
Wycofuję się na korytarz.
Czerwona lampka zaczyna pulsować. Rozpierducha wisi w powietrzu.
Potem... wszystko toczy się szybko. Efekt domina. Lecą szafki trzy. Jedna na kuchenkę, na której pyrka wesoło niczegoniepodejrzewający obiad.
Ogień buch!
Potem już szafeczka płonie powoli.
"Dzwonić najpierw do Mamusi, czy na alarmowy?". Mądry (???) człowiek zawsze ma dylemat.
Ale... jakiś wbudowany EMERGENCY system działa i po podłodze usłanej malowniczo skorupami idę sobie na bosaka, powolutku (pośpiech poniża!) zgasić gaz i ugasić co trza.
Potem dzwonię do Mamusi. Przybywa na odsiecz wraz ze Sztabem Kryzysowym (Padre).
Sytuacja opanowana już od kilku dni, ale nogi jeszcze mi się trzęsą.

Nie jestem Austen'ową Emmą, która zwykła mawiać (przynajmniej ta filmowa, Gwyneth):
"I may have lost my heart, but not my self control".
Ja tracę wszystko od razu: serce, głowę, a samokontroli i tak nigdy nie miałam w nadmiarze.

Także "to cut the long story short", jak mawiają, tak to u nas było, jest i póki co będzie.
Nie mogłam i nie chciałam opisywać historii w trakcie (nie lubię ludzi obarczać, Majkel zapewne się ze mna zgodzi ;). Kolejne części i odsłony chorobowej sagi przyjmuję już jako normę i dalej obarczać nie zamierzam. Jest to po prostu część lajfstajlu, która czasem dominuje i organizuje życie Dzikich, często bywa tylko "dodatkiem do".

And now... Nadejszła wiekopomna chwila, aby podziękować Tym Wszystkim Przemiłym Osobom dopominającym się o moją skromną osobę. Dziękuję Wam bardzo Dziewczyny Kochane! Bardzo, bardzo!
Powinnam, jak na Oskarach, ściągawkę wydobyć i dziękować z Imienia, ale boję się pominięcia kogokolwiek. Wielkim i niewybaczalnym byłoby to niedopatrzeniem.
Także, po prostu, DZIĘKI! Ajlawu! :*

(na zdjęciu: mój avatar - Giorgio, taaaak u nas lampeczki świecą się w najlepsze ;)

piątek, 25 maja 2012

BĘDĘ LASKA!

Matury mnie wchłonęły, przeżuły, ale na szczęście wreszcie wypluły. Przez mgłę roboty (tu w znaczeniu wysiłku fizycznego mającego na celu podniesienie poziomu czystości w domu, uzupełnienie zapasów żywnościowych oraz opiekę nad małoletnim potomstwem) i pracy (poprzez pracę rozumie się tu wysiłek intelektualny (zajęciami językowymi zwany), którego wymiernym celem jest zdobycie środków finansowych o przeznaczeniu rozmaitym, głównie niepraktycznym), pracy i roboty, widzę już zieloną trawkę...
Jestem człowiek prosty, cieszą mnie zwyczajne przyjemności. Leżaczek, gazetka/książeczka, szklaneczka czegoś (nic konkretnego ani przesadnie drogiego), talerzyk/półmiseczek czegoś smacznego w perspektywie. A marzenie? Hamaczek, dwa drzewa, które nie złamią się pod ciężarem i chwila spokoju.
Jestem jak hobbit. Armie Saurona rosną w siłę, zło się panoszy, a ja mogę grządki kopać, w norce kurze ścierać a myśli o pominięciu któregokolwiek z posiłków nie dopuszczam.
Jestem też Czechem, tudzież Czeszką, a w zasadzie bardzo chciałabym być. Oni z każdego dnia potrafią zrobić święto. Och, jaka by była ze mnie laska nebeska. Muszę jeszcze tylko trochę nad psychą popracować.
(Na zdjęciach: życie codzienne Dzikich)


środa, 16 maja 2012

JA TO MAM SZCZĘŚCIE?!

Dziadek mój Ignacy miał zwyczaj pukać mnie delikatnie w głowę i zapytywać: "Puk, puk. Jest tam kto?". Odpowiadał mu głuchy dźwięk, który echem rozchodził się po pokoju. Dziadek musiał to słyszeć, ale pobłażliwie się uśmiechając puszczał do mnie oko i stwierdzał z niezachwianą pewnością, że jestem najmądrzejszą dziewczynką na świecie. O święta naiwności! Biedny Dziadek...
Od dawna muszę sama pukać się w czaszkę, ale nie pytam o nic, bo wiem, że odpowie mi ten sam tępy dźwięk świadczący o pustce, tylko nieco głośniejszy.
Miewam wprawdzie przebłyski, ale moje fopasy (z franc. faux pas, przypomnienie tłumacza ;)) są o wiele bardziej spektakularne.
Co mnie ratuje?
Słaba pamięć!
Wielu filozofów tworząc receptę na doczesne szczęście wymieniało ją zaraz obok dobrego trawienia i apetytu.
Niewielu przyznaje się do poczucia szczęścia, bo strach, ale ja chyba muszę. Obiektywnie rzecz biorąc mam wszystko, czego tylko do szczęścia potrzeba. I apetycik i trawienie i tę nieszczęsną pamięć...
Zatem wszystkie warunki spełnione! Nic tylko mięśnie twarzy zmusić do grymasu choć odrobinę przypominającego uśmiech.
Jutro chyba nawet szczery, bo ślepej kurze (mła), trafiło się ziarno (warsztaty wnętrzarskie) i wybywa z domu!
Bez Muffina, bez wózka, bez Męża, ale nie bez stresu. Chyba już nie umiem poruszać się nie pchając czegoś przed sobą, ani nie ciągnąc kogoś za sobą. Ale szybko się uczę! ;)
Majkel, który zostaje jutro oko w oko z Jagodą na czas nieokreślony również (mimowolnie i nieświadomie) odbędzie warsztaty ... terapii rodzinnej zatytułowane: "Muszę jeszcze bardziej doceniać wysiłek Mojej Żony!".
Sądzę, że nasza miłość rozgorzeje na nowo. W końcu wiosna (rzekomo)!

PS Jedno z naszych ulubionych powiedzonek: "Kocham Cię... gdy dziecko śpi!".
(Zdjęcie z hasłem na czas nieokreślony z mojego konta na Pintereście)

niedziela, 13 maja 2012

AND THE WINNER IS... CZYLI KOMU DUKA?

Przede wszystkim bardzo przepraszam za spóźnienie! Powiedzmy, że wczoraj miałam nieco pechowy "trzynasty", zatem dziś u mnie dwunasty maja... ;)
Ale do rzeczy! Komisja gier i zakładów w składzie: me, myself and I z użyciem maszyny losującej (Muffin) wyłoniła zwyciężczynię, a jest nią...............................MALINKA!!!
Malinko, bardzo proszę o kontakt mailowy i Twoje dane.
Mój adres: bezmeldunku@gmail.com
Serdecznie gratuluję Malince i dziękuję Wszystkim za udział w zabawie, niezwykle mądre wpisy i cenne rady!
Dzięki!!!

środa, 9 maja 2012

CO U NAS? :)

-uczymy się jeść samodzielnie (konkretnie Muffin, mnie aż za dobrze to wychodzi... ;));
-malujemy, rysujemy, czytamy, baraszkujemy, szalejemy;
-podejmujemy kolejną próbę wielkiego come-backu akcji: zdrowe i racjonalne odżywianie;
-pracujemy ciężko i zupełnie spokojnie wypijamy trzecią kawę;
-czekamy na "five o'clock", czyli innymi słowy "powrót Taty", bo ktoś jeździ do pracy, by być w domu mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje...;
-generally speaking, się żyje! :)

poniedziałek, 7 maja 2012

PUSZKOWY PS

W tym roku zamierzam założyć mini-hodowlę ziół. Zestaw dla zielarza-amatora z IKEA bardzo mi się widzi, ale w takich puchach też bym mogła uprawiać, nie powiem!
Mąż ma wątpliwości natury użytkowej:
-Po co nam te zioła?
-Do potraw, odpowiadam spokojnie.
-To my będziemy mieli w domu jakieś potrawy?! Juppppi!!!
Faktycznie ostatnio żywimy się głównie strawą duchową... Majk jak zwykle zrzędzi. Nie lubi takiej kuchni!


(na zdjęciach:puchy (Pinterest) i ścierka z fafarafa, tak, znowu ścierka, ale jaka a propos, poza tym nie moja wina, że moje życiowe motta akurat nie w granicie wykuwają, a na ścierach drukują! ;))


niedziela, 6 maja 2012

PIĘKNIE I TANIO! TANIO I PIĘKNIE!


Lubię dekoracje sezonowe, tymczasowe i oczywiście piękne. Umiejętności "skrapbukowo-dekupażowo-jakichkolwiekmanualnych" nie posiadam. Muszę więc polegać na innych, znacznie bardziej utalentowanych osobach, od których można "nabyć drogą kupna" wspaniałe dzieła.
Ale, czasem bez zasobów finansowych, większym, chętniej mniejszym wysiłkiem, można stworzyć COŚ pięknego, prawie z NICZEGO. Wystarczy wyprawa do lasu, albo piwnicy! ;)
Parę inspirujących, przemawiających do mnie prostotą wykonania dekoracji.
(zdjęcia: moje konto, Pinterest)

czwartek, 3 maja 2012

TRZECI MAJ, BUZI DAJ!

Nasze życie domowe przypomina slapstickową komedię. Leci Muffin z piłką, za nim Mąż z asekuracją, a na końcu peletonu ja z jabłuszkiem, żeby może zeżarł (Muffin, o Małżonka jestem spokojna...). Potem dwie z trzech osób leżą. Ten, co nie leży podnosi i pociesza. Muffin to jeszcze... otrzepie się i leci dalej, ale my już gorzej...Zawsze coś z ręką, nogą, kręgosłupem, albo wszystkim naraz!
Także kiedy Majk komunikuje: "Twoja mama powiedziała, żebyśmy dziś przyjechali!", nie wierzę w swoje szczęście!
-Przestań, to zbyt okrutne!, odpowiadam.
-Nie no, poważnie! Mówiła, że Padre namarynował jakichś mięs na grilla i papryczki pieczone mają być i ziemniaczki. Mama robi też sernik, albo na zimno będzie, może coś pokręciłem!
-Daj już spokój, bo się pogniewamy!!!
To zbyt wiele jak dla mnie... Wizja grillowanego mięska, jedzenia wogóle (!) i chwili spokoju sprawia, że oczy mam błyszczące. To łzy wzruszenia się cisną.
Niemożliwe, żeby po pierwszomajowej wizycie w błotnistym raju Muffina Rodzice:
-po pierwsze: zdążyli wyremontować już mieszkanie (znaczna część zabawy przeniosła się na pokoje...)
-po drugie: podjęli świadomą decyzję zaproszenia nas do się zanim nasze dziecko skończy lat osiemnaście.
A jednak!!!

Ulubione dialogi z serii: "W Dziczy":
(MM- Moja Mama, J- ja)

MM: Co tak siedzisz?!
J: A nic...ja już...
MM: Połóż się!

MM: Co tak siedzisz?!
J: Tak...  już idę... ja...
MM: Lodzika sobie nałóż! Tylko nie tak symbolicznie jak ostatnio!

MM: Co tak siedzisz?!
J: Oj, ja tak tylko...
MM: Zdrzemnij się! Idę z Jagódką do parku, z godzinę nas nie będzie.

I love My Parents, po prostu! Mój Mąż również! Tak się cieszy, że byli ze mną w pakiecie! Bez Nich ten pakiet z całą pewnością nie byłby tak atrakcyjny! ;)

Ostatni wniosek: jeden telefon a odnotowałam tak nagły przypływ uczuć patriotycznych, że chyba zaraz przypnę kotylion na swojej obwisłej klacie!

wtorek, 1 maja 2012

CO ZA DZIEŃ!


Prawie wszystko się dziś udało: posprzątać (na chwilę, u nas to norma, więc nawet uwieczniłam na zdjęciu stan "tak mogłoby być"), odpocząć, popracować, odpocząć, pohasać po zielonej trawce, odpocząć, położyć Muffina do łóżka, odpocząć.
Byliśmy u Dziadków, czyli "in the wild", bo nasze dziecko zmienia się tam w "the wild child". Słyszałam, że kot 200 metrów od domu zachowuje się jak dzikie zwierzę, Muffin dziczeje po usłyszeniu hasła: "Jedziemy do Baby!". Hasło musi zostać rzucone po założeniu odzieży i bucika jakiegoś, w przeciwnym razie zażąda wiezienia go tam bez ("juśśśśś, juśśśśś, juśśśśśśś!!!!"). Dziecko stoi pod drzwiami i merda kuperkiem jak pies po usłyszeniu magicznego słowa "spacer".
"W dziczy" Muffin zajmuje się głównie produkcją błota (na masową skalę), tytłaniem wszystkiego i wszystkich, jedzeniem (produkty muszą być utytłane, w przeciwnym razie no way!), śledzeniem robali, jedzeniem robali (źródło zdrowego białka), zbieraniem szyszek i badyli, zachwycaniem się wszystkim i dziwieniem się wszystkiemu. Generalnie nasz miłościwie (?!) panujący Król Julian rządzi i dyryguje leniwymi małpami (zwanymi dalej rodziną), które zwlekają o sekundę za długo prowadząc go do "koko" czy "opaopa" (królik).
Nowością jest chodzenie boso po piachu i trawce (uczucia mieszane).
Brzmi to wszystko cudnie i idyllicznie, ale jak powrzechnie wiadomo: "życie to nie je bajka". Muffinowi "idą" kły, więc owszem baraszkuje jak rozkoszny cherubin, ale w tak zwanym międzyczasie żyć nie daje.
Następuje więc ucieczka w kaloryczne desery, napoje, które to i błonę śluzową żołądka i kamień w zlewie wyżrą oraz alkohol.
Ale... ale... słońce, gorąc tropikalny, więc człowiek zaczyna wierzyć, że wakacje nadejdą, jednakoż.
Plany są snute. Agroturystyko welcome to prawdopodobnie nastąpi.
Chociaż po usłyszeniu nowej pani Anny Marii (Jopek), która jakąś salsą, czy też sambą w głowie mi miesza, już sama nie wiem. Głupieje się. Tańczyć się chce. Wogóle coś się dzieje, jakieś reakcje tajemnicze odnotowuję w organizmie. Co to będzie zatem?! Co to będzie...

(na zdjęciach: dom chwilowo posprzątany (pominąwszy pudła z puchami), puchy, puszki i puszeczki, czyli słynna emalia, Muffin w roli "Dzikiego Dziecka", muzyka: youtube)















piątek, 27 kwietnia 2012

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE...

Miała być emalia. Miały być zdobycze. Miały być fotosy jakieś.
A jest co? Nic!
Małżonek nadal w łożu... I nie wiem, jak to się dzieje, nie porusza się po chałupie, a bałagan! Nie ma nawet takiego "tła", na którym możnaby emalię umieścić! ;)
Muffin też mi dokłada. Małe Dziecię przecie, a już drugi dzień nie drzemie! Skandal! Tę drzemkę, te święte dwie godziny, mam rozplanowane co o minuty... A tu co? Nico!
W ramach odstresowania nałożyłam sobie maseczki na wszystko, co tylko mam. I tu niespodzianka!
Normalnie człowiek z maseczką na twarzy i innych takich wygląda gorzej niż bez. Ja wyglądam lepiej!
Nie wiem tylko, czy powinnam się cieszyć?!
Dołączam fotos ścierki. Tak ścierki, ktorą koniecznie muszę mieć.
Może znacie to przesłanie znane w sieci i życiu jako IRISH PHILOSOPHY, która uparcie dowodzi, że THERE'S NOTHING TO WORRY ABOUT! :) aKUR..at! ;)))

(na zdjęciu: ścierka z fafarafa :))

czwartek, 26 kwietnia 2012

FANCLUB HEATHCLIFFA? FANCLUB DARCY'EGO?

I którego Pana Darcy?!
Dziś mały, głupiutki pościk. W domu zaraza. Chłop chory, myśli się na tamten świat przenosić...
Trudno się mówi... Tymczasem rozważam już kandydatury na stanowisko MY NEXT FAVOURITE HUSBAND! ;)
Zapraszam tylko TYCH Panów na razie into my arms, czyli wprost w ramiona me!
A jutro o moich wczorajszych zdobyczach ze sklepiku emaliowego, które to przyczyniły się z pewnością do pogorszenia stanu zdrowia Małżonka...
POZDROWIONKA! :)
(na zdjęciach: Mmmmmm Wiadomo Kto, źródło: Pinterest, muzyka: youtube)



środa, 25 kwietnia 2012

WELL-BEHAVED BABIES SELDOM MAKE HISTORY!

Muffin jest osobą bardzo niezależną i ponad przeciętnie rozwiniętą intelektualnie i emocjonalnie ;). Najlepszym dowodem na to jest fakt, że w "wieku" roku i czterech miesięcy przeżywa mocno przyspieszony bunt dwulatka.


Więc, co jest grane wiadomo: "wszystko bez sensu"=jestem na nie; "ja wiem lepiej i muszę, inaczej się uduszę". Pięknie zagrana histeria (oklaski za przejmujący wyraz artystyczny) następuje w momentach, kiedy plan Muffina nie zostanie zrealizowany natychmiast. Najlepiej byłoby, aby rodzice byli jak pewien aparat, który cyka zanim cykniesz,  przewidywali, czegóż to się zaraz zachce i spełniali życzenie zanim zostanie "wypowiedziane". Ale matka i ojciec to profesjonalna kadra, która doskonale wie, że wybuchy złości mające na celu wymuszenie, należy kategorycznie ignorować.

Tak było i dziś. Wracamy ze spaceru i wdrapujemy się po schodach (nowe hobby). Muffin "siam" podpierany i asekurowany z każdej możliwej strony przez uniżonego sługę (mła). Tylko dlaczego mam wchodzić na czwarte piętro skoro mieszkamy na pierwszym?! O nie! Koniec trasy przed naszymi drzwiami!
Muffin jest zrozpaczony. Ja obstaję przy swoim.
"To ja mam ciebie słuchać?! Masz rok i cztery miesiące! Akurat!", komunikuję Prezesowej.
Muffin próg domu przekroczywszy jeszcze dwie miny "skrzywdzonego" zrobił i spokój. Niby fajnie, ale... wtedy mi się przypomniało. A w zasadzie przypomniała pewna historyjka pisana (nie przeze mnie, więc dobra) na konkurs literacki (kategoria do 50 słów), a zamieszczona w podręczniku do anglika.
Streszczając i tak krótki tekst...
Syn pisze do matki ze szkoły z internatem : "Mamo, nienawidzę tego miejsca! Jedzenie-okropne! Prefekci źle mnie traktują. Proszę, zabierz mnie stąd! Twój, David".
Mamusia odpowiada: "Drogi Davidzie, nonsens! Głowa do góry!".
Po latach... ta sama mama do tego samego syna z domu starców:
"Drogi Davidzie, nienawidzę tego miejsca. Jedzenie-okropne! Pielęgniarki traktują mnie jak dziecko! Proszę, zabierz mnie stąd natychmiast!".
David odpowiada: "Droga Mamo, nonsens! Głowa do góry!".

Za lat dziesiąt, kiedy będę już starą kobietą, role się odwrócą.
To Muffin będzie poważną panią Jagodą i będzie wiedział lepiej. Coś sobie wymyślę, coś będę musiała koniecznie zrealizować z pomocą Muffina i wtedy co?!
Co usłyszę? "Ależ mamo, co ty znowu wymyślasz?! W twoim wieku?!".
Następnym razem zastanowię się nieco dłużej, czy histeria jest rzeczywiście nieuzasadniona, a foch "rzucony" tylko po to, żeby coś wymusić.
Im będzie starsza, tym dłużej będę się zastanawiać. Nie jest moim celem wychowanie "grzecznej" dziewczynki, która zawsze się ze mną zgodzi.
A dziś... może moje dziecko właśnie chciało, z moją pomocą, zdobyć swój pierwszy szczyt, akurat w postaci czwartego piętra?
A tak wogóle, to przecież w dzieciach najbardziej irytują nas chyba cechy naszego własnego charakteru (patrz: upór).


(do zdjęć Muffina, czyli: Buntownika z Wyboru i Buntownika-Nie-Bez-Powodu dołączam przesłanie MM na cudnym Ohdeer-owym wisiorze, który mieć muszę, albo urządzę w domu jakąś historyczną histerię!)

wtorek, 24 kwietnia 2012

LIFE IS BUT A DREAM


Tak się jakoś czuję blue ostatnio, bluesa czuję zresztą też. Piękne zdjęcia i piękna muzyka (choć nie bluesowa). Tylko Czarnego Łabędzia brak... Ale Błękitny się pojawił...

(zdjęcia: moje konto-Pinterest, muzyka: youtube)







9

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

TYLKO SPOKOJNIE!


Próbuje człowiek ograniczyć obowiązki do priorytetowych, rozmowy (niedomowe) do istotnych, spotkania do koniecznych, a i tak przytłoczony jest bardzo. Przesilenie, mówią. Może i przesilenie. Różne rzeczy wtedy ludziom pomagają. W takich sytuacjach (zaganiania, zmęczenia już od poniedziałku, w akompaniamencie słabego nastroju) każdy potrzebuje czegoś innego, chociaż być może wszyscy chcemy tego samego.

Amerykanie mają swoje "comfort food", czyli "jedzenie na pocieszenie". Jeżeli wierzyć filmom są to lody jedzone łychą bezpośrednio z pojemnika (kubełka?). Na mnie niestety to nie działa. Wyrzuty sumienia dotyczące ich umiarkowanej zdrowotności i zabójczej kaloryczności zmusiłyby mnie do pochłaniania kolejnych kubłów w kolejne dni (w ramach sponiewierania do granic).

Nie powiem, że moim "comfort foodem" nie jest sernik wiedeński Mojej Mamusi (najlepiej jeszcze gorący), ale talerz pikantnej zupy warzywnej, którą można jeść bezkarnie w każdej ilości pociesza mnie bardzo!
Mam również swoje comfort music, comfort books, comfort films, comfort drinks, comfort clothes...

Najlepsze rezultaty daje połączenie (w miarę logiczne) jak największej liczby comfortów!
Do tematu będę wielokrotnie wracać. Temat pocieszaczy domowych jest mi bardzo bliski. Mam swoje żelazne zestawy, polegające na optymalnym łączeniu comfortów.
Zestaw przykładowy: pidżamka, względnie dresik, kapciochy rozklapciane, kocyk, kieliszek winka, "Duma i uprzedzenie" (stara/nowa obojętnie).
Uwaga w kwestii filmów i książek; najlepiej wybierać pozycje, w których niewiele, względnie prawie nic, a najlepiej zupełnie nic się nie dzieje.
Kocham książeczki nad życie, ale w roli persenu/kalmsów i innych takich występują u mnie zwykle albumy wnętrzarskie (stricte fotograficzne bywają zbyt ekscytujące!). Oko nasycone, żadnej akcji, sporo inspiracji, stroniczka po stroniczce i... jestem baaardzo spokojna... adin, dwa, tri...

(na kiepskich zdjęciach: wspaniałe "uspokajacze")