-->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słucham. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słucham. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2012

CO ZA DZIEŃ!


Prawie wszystko się dziś udało: posprzątać (na chwilę, u nas to norma, więc nawet uwieczniłam na zdjęciu stan "tak mogłoby być"), odpocząć, popracować, odpocząć, pohasać po zielonej trawce, odpocząć, położyć Muffina do łóżka, odpocząć.
Byliśmy u Dziadków, czyli "in the wild", bo nasze dziecko zmienia się tam w "the wild child". Słyszałam, że kot 200 metrów od domu zachowuje się jak dzikie zwierzę, Muffin dziczeje po usłyszeniu hasła: "Jedziemy do Baby!". Hasło musi zostać rzucone po założeniu odzieży i bucika jakiegoś, w przeciwnym razie zażąda wiezienia go tam bez ("juśśśśś, juśśśśś, juśśśśśśś!!!!"). Dziecko stoi pod drzwiami i merda kuperkiem jak pies po usłyszeniu magicznego słowa "spacer".
"W dziczy" Muffin zajmuje się głównie produkcją błota (na masową skalę), tytłaniem wszystkiego i wszystkich, jedzeniem (produkty muszą być utytłane, w przeciwnym razie no way!), śledzeniem robali, jedzeniem robali (źródło zdrowego białka), zbieraniem szyszek i badyli, zachwycaniem się wszystkim i dziwieniem się wszystkiemu. Generalnie nasz miłościwie (?!) panujący Król Julian rządzi i dyryguje leniwymi małpami (zwanymi dalej rodziną), które zwlekają o sekundę za długo prowadząc go do "koko" czy "opaopa" (królik).
Nowością jest chodzenie boso po piachu i trawce (uczucia mieszane).
Brzmi to wszystko cudnie i idyllicznie, ale jak powrzechnie wiadomo: "życie to nie je bajka". Muffinowi "idą" kły, więc owszem baraszkuje jak rozkoszny cherubin, ale w tak zwanym międzyczasie żyć nie daje.
Następuje więc ucieczka w kaloryczne desery, napoje, które to i błonę śluzową żołądka i kamień w zlewie wyżrą oraz alkohol.
Ale... ale... słońce, gorąc tropikalny, więc człowiek zaczyna wierzyć, że wakacje nadejdą, jednakoż.
Plany są snute. Agroturystyko welcome to prawdopodobnie nastąpi.
Chociaż po usłyszeniu nowej pani Anny Marii (Jopek), która jakąś salsą, czy też sambą w głowie mi miesza, już sama nie wiem. Głupieje się. Tańczyć się chce. Wogóle coś się dzieje, jakieś reakcje tajemnicze odnotowuję w organizmie. Co to będzie zatem?! Co to będzie...

(na zdjęciach: dom chwilowo posprzątany (pominąwszy pudła z puchami), puchy, puszki i puszeczki, czyli słynna emalia, Muffin w roli "Dzikiego Dziecka", muzyka: youtube)















czwartek, 26 kwietnia 2012

FANCLUB HEATHCLIFFA? FANCLUB DARCY'EGO?

I którego Pana Darcy?!
Dziś mały, głupiutki pościk. W domu zaraza. Chłop chory, myśli się na tamten świat przenosić...
Trudno się mówi... Tymczasem rozważam już kandydatury na stanowisko MY NEXT FAVOURITE HUSBAND! ;)
Zapraszam tylko TYCH Panów na razie into my arms, czyli wprost w ramiona me!
A jutro o moich wczorajszych zdobyczach ze sklepiku emaliowego, które to przyczyniły się z pewnością do pogorszenia stanu zdrowia Małżonka...
POZDROWIONKA! :)
(na zdjęciach: Mmmmmm Wiadomo Kto, źródło: Pinterest, muzyka: youtube)



wtorek, 24 kwietnia 2012

LIFE IS BUT A DREAM


Tak się jakoś czuję blue ostatnio, bluesa czuję zresztą też. Piękne zdjęcia i piękna muzyka (choć nie bluesowa). Tylko Czarnego Łabędzia brak... Ale Błękitny się pojawił...

(zdjęcia: moje konto-Pinterest, muzyka: youtube)







9

sobota, 21 kwietnia 2012

HOW CAN I LIVE WITHOUT MY LIFE?

HOW CAN I LIVE WITHOUT MY SOUL?

Czyli się zdobyłam, poszłam i obejrzałam nowe "Wichrowe". "Wzgórza" oczywiście.
Jestem człowiekiem, który bardzo się przywiązuje. Do ludzi i zwierząt (wiadomo!), do rzeczy (niestety!), ale również do wersji i adaptacji.Film może być równie dobry jak książka. Tę tezę potwierdzono już tak wieloma przykładami, że musiałam ją zaakceptować i ja. Ale kilka adaptacji tej samej książki? To już dla mnie zbyt wiele skoro jestem przyzwyczajona do TEJ WŁAŚCIWEJ (czytaj: ulubionej) wersji...

Ofukana przeze mnie, jeszcze przed obejrzeniem, "Duma i uprzedzenie" z panią Keirą i panem Matthew Macfadyenem (żegnaj panie Mężu, witaj panie Matthew!) przekonała nieprzekonaną (czyli mnie), że czasem warto spróbować i , że można kochać kilka wersji jednocześnie. Można kochać Ciebie Colinie (Firthcie) i Ciebie Matthew (Macfadyenie) równie gorąco!

Ale czy ktoś dorówna parze Juliette Binoche i Ralph Fiennes w najpopularniejszej (bardzo brzydkie słowo) i bardzo wiernej adaptacji "Wichrowych Wzgórz"?

Kiedy w najnowszym numerze "Zwierciadła" pomylono się podając odtwórcę roli Heathcliffa w TEJ wersji zadzwoniłam. Pierwszy raz w życiu. Potraktowałam to jako obrazę moich uczuć religijnych.
Wielkim ryzykiem zatem dla twórców nowych "Wichrowych" była próba zaprezentowania mi swojej wersji. Musieli przecież wiedzieć jak nabożną czcią darzę TĘ WŁAŚCIWĄ. Chyba się jednak nie przejęli, bo nakręcili. Bez obaw o porównania. Bo jest to wersja INNA po prostu.

Heathcliff jest ciemnoskóry. Akcja toczy się głównie, gdy bohaterowie są dziećmi. Mówi się naprawdę mało. Film jest malarski i oryginalny, niekiedy kręcony jakby "z ręki", co daje nie tyle poczucie uczestniczenia w pokazie kina alternatywnego, ale bycia częścią historii, krajobrazu, świadkiem, czasem bohaterem wydarzeń.

Muszę powiedzieć, że film zostawia duży niedosyt. Czekałam nieustannie kiedy to Cathy i Heathcliff wreszcie dorosną, dojrzeją i nastąpi wybuch obsesyjnej i zaborczej miłości i namiętności.
Wszystko to jest tu raczej w sferze niedopowiedzeń i sugestii, chociaż szaleństwo, okrucieństwo i rozpacz są i łzę wyciskają.
Z całą pewnością dla koneserów obrazów i wcale nie ulotnych wrażeń.
O miłości Cathy i Heathcliffa niewiele więcej wiem, ale czuję, że byłam na wichrowych wzgórzach. Nawet zimno mi jakoś i w kościach łamie, ale nie żałuję, że nie pojechałam w jakieś cieplejsze miejsce!
Do zdjęć (moje konto: Pinterest) dołączam swego rodzaju "spowiedź" i wołanie Cathy wyśpiewane głosem genialnej Kate Bush, która tamtą Kaśkę naprawdę dobrze zrozumiała...






czwartek, 19 kwietnia 2012

MIŁEGO DNIA! :)

 To będzie naprawdę dobry dzień! Jest szansa!
Jeżeli tylko rodzinka człowieka nie wkurzy (wrrrrr! Mężusiu! dzięki!!!), będzie fajnie!
Jeżeli tylko Muffin zdecyduje się dziś na popołudniową drzemkę i pójście spać wieczorem o "normalnej" (w moim rozumieniu porze), będzie super!
MUSI być dobrze!
Dołączam materiały poprawiające nieco nastrój, gdyby ktoś zupełnie przypadkiem wstał nie tą nogą co trzeba, wylał na siebie kubek kawy, przejechał się na samochodziku i wylądował na... twardej posadzce, w skrzynce pocztowej znalazł wyłącznie rachunki i ponaglenia do zapłaty a w lustrze spotkał jakąś bladą twarz z worem pod okiem.
Na pewno Was to nie spotkało, ale tak na wszelki wypadek...

(zdjęcia: moje konto,Pinterest, muza- youtube)

/

wtorek, 17 kwietnia 2012

DAJ MI CHŁOPA PO PÓŁNOCY…

CZYLI „FOUND IN TRANSLATION”

Muffin to osoba pokroju Da Vinci, niezwykle wszechstronna. Interesuje ją zarówno kultura wysoka, ma jak wiadomo wysmakowany gust literacki i niezwykłe wyczucie koloru , jak i bardziej masowa, czyli pop. Jako, że dziecię nade wszystko wielbi dobrą zabawę, imprezki z tańcami odbywają się u nas niemal codziennie w godzinach przedpołudniowych. Osoby, które akurat znajdą się w naszym domu, uznaje się za mimowolnie zainteresowane i traktuje się jako tanecznych partnerów, względnie muzyków akompaniujących na garach czy bębenku.

W czasie jednej z takich potańcówek (prywatek, disco, jak zwał, tak zwał) zatrzymałam się nagle i pomyślałam:
-Boże, co ja śpiewam?! „Daj mi, daj mi, daj mi chłopa po północy?!”
Zaraz po „lecą” Beatlesi i ich „piosenka drobiowa”:
„Ko-kochaj mnie,
Wiesz, że ja kocham cię
I wierny ci będę,
Więć ko-ko-ko-ko-ko-ko-ko-kochaj mnie!”

Ileż to razy jako prosty anglista słyszałam: „Oj weź mi to przetłumacz, katuję tę piosenkę 24h”; „Proszę paaaani, przetłumaczmy to sobie na zajęciach, taki cudowny utwór”.
OK, tłumaczę, tłumaczymy i utwór okazuje się potwór.

Z piosenką jest jak z miłością, a w zasadzie stanem zakochania. Jeżeli czegoś nie wiemy, albo nie rozumiemy, to sobie dopowiemy… Rozczarowanie przychodzi wtedy, gdy wszystko jest już jasne.
Oczywiście jako filolog (jejku, jejku!) wiem, że wszelka dosłowność w tłumaczeniu wierszy, piosenek, tytułów filmów, krótko mówiąc w ogóle wszystkiego nie jest wskazana, ale czasem tak wiele jest „lost in translation”, że pozostaje napisanie utworu od nowa…
Nie deprymujmy zatem przed gośćmi z zagranicy jedynego prawdziwie polskiego wynalazku… czyli disco polo. Oni mają swoje: „Skin on skin”, my: „Ciało do ciała”, oni: „We are family”, u nas: „Wszyscy Polacy to jedna rodzina”…
Po przetłumaczeniu, wszystko zyskuje nowy wymiar, lepiej i jakoś mądrzej brzmi, więc czasami myślę sobie czy „kawałek” rzeczywiście fajny, czy to po prostu „the magic of English”...

A na koniec zagadka! Cóż to za piosenka?
„It’s me,
The type unhumble,
Nobody knows what’s there in me.
The same,
Yet, not alike,
Oh, baby, please forgive me!”

(translated by: Vieri, jeden z moich niezapomnianych uczniów, kilka lat szkolnych temu).
Dołączam materiały pomocnicze (źródło: moje konto, Pinterest)  odpowiedzialne za mój dzisiejszy dobry humor (zaraz po Muffinie, Mężu, słonku i ciachach, węglowodany, welcome back!!! )).



środa, 4 kwietnia 2012

A BOOM BOOM BA!

Kocham kobiety z TAKIMI głosami! Dziś oryginalnie i niesamowicie. Żadnych oczywistości. Może nawet ktoś pierwszy raz o tych paniach usłyszy, a są cudne i cudowne. Idealnie wpisujące się w klimat jesieni tej wiosny. Jednak, z całą pewnością próbę czasu przetrwają, do nas wracają od kilku lat…


Polecam Metisse, Elsiane i Anję Garbarek! Magia!


(na zdjęciach: ciepły kocyk, dobry Earl Grey, lepiej być nie może)





środa, 28 marca 2012

„I AM NOT A ROBOT”


Różne rzeczy chłopy do domu znoszą, a ten czy ów to i chorobę przywlecze.
Mój małżonek  z kolei przywleka muzę.

Kiedy się poznaliśmy, ja mu lektury obowiązkowe, on mi płyty. Taka nastąpiła wymiana, bardzo korzystna dla obu stron. Do dziś ten podział obowiązuje. Dzięki niemu zawsze mamy co czytać i czego słuchać. Sielana!
Posłuchajcie sobie, co Wam dziś przywlokłam:

-Marina & The Diamonds -„ Iam not a robot” .Nucę już od poniedziałku. W piątek staje się moim hymnem!
(inne utwory też kobieta ma fajne: „Seventeen”; „Simplify” )

-Lissie z płytki „Catching a tiger” („Record Collector”; „When I’m alone”; „In Sleep” etc.)

-Clare Maguire (tak, tak się ją pisze ;)) i jej „Light after dark”, w szczególności mój ukochany utwór: „Last Dance”, zwany przeze mnie pieszczotliwie: „łocho-łacha”.

POLECAM!